Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

niedziela, 7 stycznia 2018

WARTO TO ZROBIĆ

Od czasu zdrady jałtańskiej i wepchnięcia Polski pod okupację sowiecką, wspomnienie o Niepodległej II Rzeczpospolitej stało się uciążliwym bagażem. Tak dalece, że w roku 1968 władze okupacyjne dokonały historycznego szalbierstwa i przypadającą wówczas 50 rocznicę odzyskania niepodległości próbowały zastąpić „świętowaniem” półwiecza rezydentury sowieckiej, organizując obchody powstania tzw. Komunistycznej Partii Polski.
Rozpoczęte 11 listopada 1968 roku obrady V Zjazdu PZPR, których gościem honorowym był Leonid Breżniew, potwierdzały okupacyjny status PRL i symbolizowały zamysł niszczenia pamięci o Niepodległej.
W III RP, ten sam zamysł musiał towarzyszyć rządom reżimu PO-PSL, gdy próbowano przekonać Polaków, że narodowe Święto Niepodległości powinno być kojarzone z atmosferą zagrożenia,  prowokacji i represji ze strony służb.
Upłynęło kolejne półwiecze i los sprawił, że 100 rocznicę odzyskania niepodległości zmuszeni są świętować „prawicowi” mitolodzy demokracji oraz wszelkiej maści „georealiści”, którzy w zachowaniu „ładu jałtańskiego” i sukcesji PRL-u, chcą widzieć fundament dzisiejszej państwowości.
Wspomnienie o tradycjach Niepodległej, o ideach nieznanych współczesnym politykom, musi być problemem dla tych, którzy z „wielkiej inscenizacji” roku 1989 wywodzą byt III RP i esbecko-agenturalną kombinację, przedstawiają jako źródło niepodległości.
Spektakl odegrany w latach 1989-1990 wprost nawiązywał do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. W odróżnieniu od tamtego oszustwa, koncepcja powstała przy „okrągłym stole” tworzyła jednak odrębny mit założycielski, oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej „opozycji demokratycznej” z przedstawicielami okupacyjnego reżimu.
III RP symbolizuje więc „nową jakość” w procesie legalizacji komunizmu i nie przypadkowo żaden z namaszczonych przez "elity" mędrców, nie odważy się zmierzyć z pytaniami: kiedyż to doszło do konwalidacji sukcesji komunistycznej w polską państwowość? Jakie wydarzenia i fakty sprawiły, że okupacja, narzucona Polakom siłą i terrorem, zmieniła się w wolne i niepodległe państwo?
Brak krytycznej refleksji nad tworem zwanym III RP sprawia, że od trzech dekad jesteśmy świadkami tragicznej w skutkach asymilacji komunizmu i polskości. Obecne państwo stanowi szczytowy produkt strategii podstępu i dezinformacji, a jednocześnie jest modelowym przykładem przepoczwarzonego komunizmu, który – ku uciesze gawiedzi, przyjął maskę „europejskości” i sznyt pseudo-demokracji. To państwo mogło powstać tylko dlatego, że wmówiono Polakom, iż  komunizm „umarł” i bezpowrotnie znikł z naszej rzeczywistości, równie szybko, jak znikał alkohol z kieliszków opróżnianych w Magdalence.
Polacy mieli uwierzyć, że samozwańcza grupa „reprezentantów narodu” obaliła zbrodniczy reżim i wywalczyła autentyczną niepodległość. Ta wiara, podawana kolejnym pokoleniom jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich sukcesorzy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.
A skoro nakreślona tu wizja jest całkowicie odrzucana, a wręcz zakazana przez „elity polityczne” III RP, skoro „elity” te utrzymują, że żyjemy w państwie suwerennym i demokratycznym, czy nie istnieje obawa, że obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości, staną się kolejnym aktem historycznego szalbierstwa i posłużą do umocnienia antypolskich mitów? 
Obawa tym mocniejsza, że „elity” tego państwa nie mają nic wspólnego z dziedzictwem II Rzeczpospolitej i walką o niepodległość.
Mitologia demokracji – całkowicie obca Józefowi Piłsudskiemu, jest najcięższym kamieniem u szyi polityków przypisujących sobie tradycje niepodległościowe. Nie tylko dlatego, że twórca Rzeczpospolitej słusznie dostrzegał w „panowaniu rozwydrzonych partyj i stronnictw” ową „cloaca maxima”, która sprawy polskie sprowadza do interesów partyjnych, zaś „zdobycze” demokracji miał w głębokim poważaniu, ale z tej przyczyny, że norma, którą wyznawcy mitologii uznają za fundamentalną, nigdy nie istniała w państwie zwanym III RP.
Jeśli mamią nią Polaków – są głupcami lub oszustami.
Z demokracją, jak z niepodległością - sprawa jest prosta: jest lub jej nie ma. Nie istnieje stan, który można określić mianem pół lub ćwierć demokracji, jak nie można mieć pół lub ćwierć niepodległości. Tam, gdzie się kończą, mówimy o jawnej lub skrywanej tyranii, dyktaturze, totalitaryzmie, anarchii.
Jakże wiec wyznawcy tej mitologii mogą utrzymywać, że w III RP istnieje demokracja, ale jest ona (tu: w zależności, która partia sprawuje rządy): ułomna, zagrożona, wadliwa, kwitnąca, fasadowa? Jak nie dostrzec nonsensu w tak fałszywej gradacji, jeśli przymiotniki te (ze względu na status demokracji) nie opisują rzeczywistości lecz służą jej zamazaniu?
Przypomnę, że przed kilkoma laty J. Kaczyński nawoływał nas do obrony owej zdobyczy, ostrzegając jednocześnie, że jeśli tego nie zrobimy "pewnego dnia obudzimy się w systemie ukraińskim".  To frapujące, bo choć demokracji wówczas nie obroniliśmy (przegrywając kolejne tzw. wybory), a przez następne cztery lata reżim PO-PSL dopuścił się kilkuset nowych draństw i "naruszeń demokracji", przekaz lidera PiS nie uległ zmianie. Myliłby się ten, kto sądziłby, że po rządach Tuska i Komorowskiego, obudziliśmy się w "systemie ukraińskim". Następnego dnia, po wygraniu wyborów przez PiS, Polacy dowiedzieli się, że „demokracja ma się dobrze”, a cały okres rządów poprzedników (razem z rokiem 2010 i jawnymi fałszerstwami z roku 2014) należy zaliczyć do stanu „ćwierć-demokracji”.
Czy nie z powodu tej obłędnej mitologii, partia, której zaufały miliony Polaków, rozgrzeszyła wówczas postępki kolegów z ław sejmowych, nazywając „zemstą i odwetem” nasze dążenie do sprawiedliwości, a tych, którzy chcieli nas wepchnąć w łapy odwiecznego wroga, kazała nazywać „opozycją”?
Być może, historycy wolnej Polski udzielą kiedyś odpowiedzi na pytania, jakich nie odważą się postawić współcześni badacze: skąd wzięła się demokracja w państwie powstałym na fundamencie tworu niesuwerennego, założonego i zarządzanego przez okupanta? Czy mogła się narodzić w społeczeństwie zniewolonym dyktatem ciemniaków, bandytów i medialnych terrorystów? Jak udało się jej przetrwać w kraju, którego władze paktowały z wrogim mocarstwem przeciwko własnemu prezydentowi i współuczestniczyły w działaniach zmierzających do zamachu? Gdzie schroniła się, podczas setek aktów zamordyzmu i nieprawości ze strony reżimowych polityków, służb, policji i sądów III RP?
Jest rzeczą wyjątkowo groźną, gdy główny piewca mitologii demokracji nazywa siebie  „kontynuatorem myśli marszałka Józefa Piłsudskiego”. Już tylko to wyznanie prezesa PiS powinno wzbudzić obawy przed szalbierczym potraktowaniem 100 rocznicy odzyskania niepodległości i zmusić ludzi rozumnych do refleksji.
Staję do walki, tak jak poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partyj i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści” – oświadczył Piłsudski 11 maja 1926 roku, gdy rządy „demokraty” Witosa prowadziły Polskę w przepaść partyjniackiego piekła.
Te słowa wolno odnosić do każdego (podkreślam) okresu rządów sprawowanych w III RP, gdy różnej maści mitolodzy, spod fałszywych szyldów „lewicy” lub „prawicy”, „obroną demokracji” tłumaczyli pospolite draństwa, prywatę, partyjne geszefty, łamanie naszych praw i wolności.
Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu. Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi. Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację. Interes partyjny przeważał ponad wszystko. Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu” – mówił Piłsudski do przedstawicieli stronnic sejmowych w roku 1926 i te słowa – bez najmniejszej zmiany, charakteryzują rządy współczesnych „demokratów”.
Trzeba więc zapytać - co wspólnego z myślą twórcy II Niepodległej, może mieć polityk, który ponad prawdę o genezie III RP i obowiązek uwolnienia Polski od zgrai zdrajców i Obcych, wynosi bełkot o „demokratycznym państwie prawa” i „poszanowaniu praw opozycji”?
Jaka „wspólnota myśli” może łączyć człowieka, który dla ratowania Rzeczpospolitej nie wahał się użyć siły i zdeptać opór „demokratów”, od polityka zniewolonego zasadami magdalenkowego szalbierstwa?
Przepaść dzieli te dwie, różne postaci i różne wizje polityczne. Przepaść nie tylko historyczna, wytyczona półwieczem okupacji i trzema dekadami sukcesji komunistycznej, które zniszczyły w nas wolę walki, odwagę i honor, ale charakterologiczna i polityczna.
Z jednej strony - mamy człowieka czynu i walki zbrojnej, który ponad miraże jakiegoś „ustroju”, wynosił wizję wolnej państwowości i „odrodzenia ducha narodowego”, z drugiej zaś, partyjnego działacza, który nigdy nie wzniósł się ponad partyjne interesy i uprawiając niewolniczy „pragmatyzm”- zawsze w ramach systemu III RP, nie odważył zerwać z fałszywą mitologią.
Po jednej stronie - jest człowiek silny, mocno dzierżący władzę, słowem i czynem piszący kartę polskiego męża stanu, po drugiej, bezwolny, „koncyliacyjny” politykier, mistrz taniej demagogii i politpoprawnego bełkotu, który skalą błędów i ilością słów rzucanych na wiatr ośmiesza siebie i tych, którzy mu zaufali.
Od takich polityków, Polacy nigdy nie usłyszą, że nie demokracja w III RP jest chora, ale państwo, które z tej wartości uczyniło oręż przeciwko obywatelom. Nie jakąś demokrację trzeba „naprawiać” i „ratować”, ale obalić system powstały przy „okrągłym stole”, który z fałszywego bożka owej pseudo-idei uczynił narzędzie zniewolenia Polaków. W terapii, która ignoruje źródło choroby i koncentruje na zwalczaniu jej objawów, nie może być mowy o zwycięstwie.
Trzeba więc dostrzegać śmieszność postaw, w których rządzący III RP politycy przypisują sobie tradycje niepodległościowe. Z miejsca, w którym dziś jesteśmy, nie możemy odwoływać się do dziedzictwa przedwojennego antykomunizmu, nie możemy chełpić „wspólnotą myśli” z Marszałkiem czy pamięcią o Żołnierzach Niezłomnych. To nadużycie – podobne roszczeniom głupców, którym wydaje się, że wystarczy przeczytać książkę o Legionach, by mienić się spadkobiercą Piłsudskiego.
Od tamtej tradycji oddziela nas nie tylko otchłań historii, ale przepaść wytyczona pułapką „nowej świadomości”, w której wzrastały kolejne okolenia Polaków. Tak sfałszowano pogląd na sprawy polskie, że ci sami politycy III RP, którzy „rusofobię” i „antyniemieckość” uznają za polityczne tabu, deklarują dziś przywiązanie do tradycji całkowicie obcych dogmatyce „georealizmu” i przyznają do dziedzictwa, z którym nie mają nic wspólnego.
Piłsudski nie szukał „konsensusu” z wrogami, komunistami i zdrajcami sprawy polskiej, ale  wsadzał ich do więzień i skazywał na hańbę. Nie „ducha demokracji” stawiał na piedestale, lecz bezpieczeństwo i dobro Rzeczpospolitej. Żołnierze Niezłomni nie prowadzili „dialogu” z Obcymi, ale bezwzględną walkę na śmierć i życie, w której nie było miejsca na żadne „kompromisy”.
Tacy ludzie nie tłumaczyli sobie i innym, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że ze śmiertelnym wrogiem rozmawia się tylko z pozycji siły.
Jest coś niewiarygodnie podłego w głoszeniu poglądu, jakoby III RP - bezpośrednia sukcesja PRL-u, zbudowana na pakcie esbeków z ich agenturą, w której zdrajcy i Obcy zachowali wszelkie przywileje, miała urzeczywistniać Wolną i Niepodległą. To łgarstwo ma w sobie znamię niewolnictwa i urąga wartościom, na jakich zbudowano II Rzeczpospolitą.
Czym naprawdę jest „demokracja III RP” i jaką rolę przypisali jej magdalenkowi szalbierze, świadczy lista największych czcicieli i obrońców tego systemu: „socjaldemokratycznych” prymitywów z PZPR, zgrai donosicieli i seksotów, wszelkiego typu esbeków i łobuzów z wojskowej bezpieki, kanalii posługujących okupantowi, beneficjentów komuny, miernot ducha i intelektu, setek renegatów i zdrajców.
Miarą tej „demokracji” jest sądowa kasta - powołana dla ochrony komunistycznych bandytów i  praw stanowionych dla właścicieli III RP.
Miarą są instytucje państwa - obce i wrogie każdemu, kto ośmiela się upominać o prawach suwerena.
To pasożytnicze towarzystwo doskonale wie, że tak dalece udało się im oszukać Polaków, iż wołanie o „obronie demokracji”, usprawiedliwi każdą podłość, głupotę i prywatę.
Obawa przed wykorzystaniem 100 rocznicy odchodów Niepodległości, powinna być tym większa, jeśli z Pałacu Prezydenckiego dobiega zapowiedź łączenia tej rocznicy z „debatą konstytucyjną” – nad ustawą zbudowaną i zatwierdzoną przez sukcesorów komuny.
Próba zestawienia tych odległych tematów, nie jest dziełem przypadku. Taka relacja ma sugerować, że pomiędzy II Rzeczpospolitą, a tworem powstałym w Magdalence- z jego tzw. prawodawstwem i dogmatami, istnieje więź historyczna.
O intencjach mitologów demokracji świadczy również sztandarowa inicjatywa lokatora Pałacu Prezydenckiego. Andrzej Duda uszczęśliwił bowiem Polaków „wspólnym świętowaniem” i wbrew własnym słowom - „Niepodległość Polski była dorobkiem pokoleń, dorobkiem tych, którzy krzyknęli "nie" wobec postawy, jaką prezentowali ludzie związani z konfederacją targowicką”, zaprosił do swoich „komitetów” polityków tzw. ”opozycji” i ludzi targowicy.
To najgroźniejszy aspekt tegorocznego spektaklu, bo nie ma rzeczy bardziej zdradzieckiej od nawoływań do „zgody narodowej” – za cenę naszych dążeń i prawdy o realiach III RP.
Fałsz takich „wspólnot” i „dialogów”, zawsze był bronią Obcych, orężem okupantów i wrogów polskości. Załgana retoryka „porozumienia ponad podziałami” ujawniała intencję oszukania Polaków, ale też zamysł przymusowej integracji polskości i komunizmu. Stosując ten zabieg, Obcy chcieli wedrzeć się w strukturę polskiego społeczeństwa i zmusić je do tworzenia sztucznej wspólnoty. Wiedzieli, że ukazanie różnic dzielących My od Oni i wytyczenie ostrej granicy podziału, byłoby dla nich zabójcze. Dlatego obsesyjnym dążeniem komunistów, było tworzenie rozmaitych „frontów jedności narodu”, „rad narodowych” itp. fikcyjnych wspólnot, w których  czynnikiem integrującym miały stać się hasła niesione na czerwonych sztandarach.
Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką, towarzyszyła też grupom rządzącym III RP. Ujawniała lęk przed dychotomią My-Oni i wytyczeniem kanciastych granic, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia i decydują o narodowej tożsamości.
            Pamięć o Niepodległej II Rzeczpospolitej, musi być żywa i obecna. Nie odmawiam nikomu prawa do uczczenia 100 rocznicy i celebrowania jej przez środowiska polityczne. Nie wątpię nawet, że wśród postaci rządzących Polską, są ludzie autentycznego patriotyzmu, którzy szczerze potrafią ocenić „skazę pierworodną” III RP i widzą przepaść, jaka dzieli nas od autentycznej wolności.
Dlatego nie dla potępienia i pustej krytyki piszę ten tekst.
Wspomnienie o wielkim dziele narodowym i  postaciach na miarę Niepodległej, powinny budzić dumę z bycia Polakiem. Dumę konieczną i dobrą, która nie ulega mirażom fałszywych „wspólnot” i nie boi antypolskiej retoryki.
Ale liczę, że ten czas wzbudzi także refleksję – nad genezą państwa, w którym przyszło nam żyć i kondycją ludzi, którzy chcieliby uchodzić za reprezentantów narodu. Nad tym, co imituje niepodległość i tymi, którzy tej mitologii bronią.
Taka refleksja jest nam bardziej potrzebna, niż dziesiątki defilad, iluminacji, patriotycznych imprez i konwentykli. Stokroć potrzebniejsza, od setek laurek historycznych i politycznych oracji.
Z niej powinien narodzić się gniew i sprzeciw wobec rzeczywistości.
I rzecz najcenniejsza – pewność, że Niepodległa jest na miarę naszych sił i aspiracji.  
Warto to zrobić. Choćby po to, by za kolejne sto lat, w kraju nad Wisłą mieszkali jeszcze Polacy.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

GDYBY PAN COGITO WYRUSZYŁ W DŁUGI MARSZ…

Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa, wędrowanie pozornie bez celu, błądzenie po omacku, żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.
To nie może być podróż, jaką wydumałeś podczas oglądania telewizji. Nie ta, którą mali demiurdzy wiodą beczące stado dwunogów. I niepodobna do wycieczki, obiecanej przez zbieraczy dusz i pieniędzy.
Żyliśmy w czasach, które zaiste były opowieścią idioty, pełną hałasu i zbrodni. Nie pytaj więc -czy podróż z tych czasów może być krótsza?
Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu, Żydem z Aleksandrii, na nowo ucz się świata jak joński filozof. Nie po to, byś posiadł ich wiedzę, ale może wtedy ojczyzna wyda ci się małą kołyską, łódką przywiązaną do gałęzi włosem matki.
Powtarzaj - którzy o świcie wypłynęli ale już nigdy nie powrócą na fali ślad swój zostawili.
Nie skarż się - myśmy nie chcieli berka, nie chcieliśmy ciuciubabki, dość mieliśmy starszych panów, byliśmy bardzo głodni.
Pamiętaj – nie będzie wielkiego pojednania, gdy język waha się między wybitymi zębami a wyznaniem.
Na początek wystarczy, że nic się nie zmieni. Przejdą noce Zatrzaśnie dzień, jak szczęka wilcza. 
I jeszcze ciszej będziesz milczał.
Długo i uparcie. Gdy za długo - z pogardą.
Przynależną sytym, głupcom „mądrości etapu”. Przypisaną  rozsądnym, którzy dawno ogłosili, że można współżyć z potworem, należy tylko unikać gwałtownych ruchów, gwałtownej mowy. 
Trzymaj ją w zanadrzu dla ocalałych aby żyć, gdy świadectwem  ich ocalenia stają się „realia demokracji, debaty i polemiki”.
Jedni i drudzy mają rację - chrzczonych z wody, chrzczonych z ognia, pogodzi nicość lub miłosierdzie.       
Zachowaj pogardę dla weteranów czterdziestodniowych potopów, którzy widzieli śmierć gór i zbawienie myszy. Nie ma ceny, za którą odważyliby się nazwać bękartów zaludniających nasz skrawek ziemi.
Nie zrobią tego nawet, gdy opadnie groza, pogasną reflektory i odkryjemy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach, jedni z wyciągniętą szyją, drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna
Ich logika – nie mieliśmy dokąd odejść, zostaliśmy na śmietniku, zrobiliśmy porządek, kości i blachę oddaliśmy do archiwumniech cię przeraża.
To konieczne, żebyś nie zwariował.
Nie wybaczaj też ornamentatorom, ozdabiaczom i sztukatorom, twórcom aniołków fruwających, którzy robią wstążki a na wstążkach napisy krzepiące. Dzięki nim są już takie słowa kolory i rytmy co się śmieją i płaczą jak żywe. A gdyby kazali, nie słuchaj ich śpiewu - my się o to sztukatorzy nie martwimy, my jesteśmy partią życia i radości.

Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa, powtórka świata elementarna podróż rozmowa z żywiołami, pytanie bez odpowiedzi, pakt wymuszony po walce. Raczej narodowy dramat i przekleństwo niż czterdziestoletnia włóczęga po pustyni, po której zawsze następuje zbawienie. Nikt nie gwarantuje, że zakończy się w nowym domu, skoro tylu przed nami zawiodła tylko do wrót doliny.
Więc jeśli będzie podróż – to odwrotem od narodowej zdrady i zmarnotrawienia ofiary życia. Niczym krzyk matek od których odłączają dzieci gdyż jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo. Bez nadziei na nagrodę ani litość aniołów stróżów.
Bez wiary w naszą mądrość, a nawet w to, że polskość dodają do miejsca urodzenia.
Z nieokiełznaną pewnością, że w walce z potworem, nie będzie ocalenia życia na niby.
I gdyby Pan Cogito wyruszył w długi marsz - to tylko z tymi, których spotka los straszny płomień i lament bowiem przyjąwszy chrzest ziemi zbyt mężni byli w niepewności.



Zbigniew Herbert: Chrzest, U wrót doliny, Jak nas wprowadzono, Przebudzenie, Potwór Pana Cogito, Ornamentatorzy, Przesłuchanie Anioła.

sobota, 2 grudnia 2017

REKONSTRUKCJA CZY CYROGRAF Z PAŁACEM ?

W roku 2005, prezes PiS pomylił się „tylko” o nominacje Marcinkiewicza i Sikorskiego. Konsekwencje tych błędów mogły wówczas zdecydować o klęsce wielu projektów nowego rządu, w tym, o  zaniechaniu sprawy najważniejszej – likwidacji „długiego ramienia Moskwy”.
Dziewięć lat później, pan Kaczyński popełnił „błąd” bardziej tragiczny w skutkach, rekomendując Andrzeja Dudę na stanowisko głowy państwa. 
Określenie „błąd” musi być ujęte w cudzysłów, ponieważ nie mam żadnej pewności, czy tym razem „komputer” pana Kaczyńskiego nie dokonał wyboru w pełni świadomego, intencjonalnego.
Naprawa personalnych błędów prezesa PiS odbywa się zwykle pod przykryciem tzw. mechanizmów demokracji i jest dokonywana podczas zabiegu zwanego „rekonstrukcją rządu”. 
W lipcu 2006 roku, błędy skorygowano w sposób możliwe najprostszy - przyjmując prośbę o dymisję, złożoną przez samego premiera Marcinkiewicza. Identyczną metodą - poprzez prośbę o dymisję „wyregulowano” też sprawę Sikorskiego. 
Dziś taki zabieg byłby mocno utrudniony, dlatego mitolodzy demokracji muszą wysilić się na  większą inwencję. Tym większą,że sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza.
Jeśli po dwóch latach  piętrzenia medialnej zasłony propagandowej, „wybudzenie” Andrzeja Dudy, było zaskoczeniem dla pana Kaczyńskiego, mielibyśmy dowód politycznego infantylizmu prezesa PiS, zaś  naprawa  "błędu" mogłaby okazać się niewykonalna.
Jeśli jednak operacja „wybudzenia” została zaplanowana i stanowi jeden z warunków postawionych przez „akuszerów” nowego rozdania,  reakcja szefa PiS powinna uwzględniać reguły narzucone „zwycięzcom” z roku 2015. Musi też prowadzić do odblokowania tych projektów „dobrej zmiany”, które najmocniej oddziałują na emocje społeczne. Po tym, co wydarzyło się w lipcu br. , dalsze „straty wizerunkowe”, byłyby nazbyt groźne.
Dzięki szybkiej interwencji dyspozycyjnych „wolnych mediów” udało się już uniknąć skojarzenia „zdrady” Andrzeja Dudy z osobą prezesa PiS. O ile wybraniec pana Kaczyńskiego jest dziś nawet (umiarkowanie) krytykowany przez rządowych żurnalistów, o tyle ten, który uszczęśliwił wyborców kandydaturą pana Dudy, bywa nieodmiennie przedstawiany jako polityczny geniusz, największy strateg i jedyna nadzieja Polaków.    
Gdy przed dwoma miesiącami napisałem, że „nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro” - akapit ten był cytowany jako dowód szalonych „teorii spiskowych”  i  „niepohamowanego krytykanctwa” autora. 
Przyznaję, że rządowe „wolne media” dokonały solidnej roboty propagandowej i skutecznie oddzieliły „zdradę” Andrzeja Dudy od „zdrowego korzenia” Prawa i Sprawiedliwości. Równie wyśmienitym posunięciem, było ogłoszenie (niemal natychmiast po lipcowych wydarzeniach) zamiaru „rekonstrukcji rządu” oraz rozgrywanie tego tematu przez kolejne miesiące.

sobota, 11 listopada 2017

LISTOPAD TO DLA POLSKI NIEBEZPIECZNA PORA…

Zbyt trudna, by ją odrzucić i zgasić lichtarze pamięci. I nadto znacząca, gdy niepokoi tchórzy echem wydarzeń  - tego, co szalone, by nazwane najświętszym w naszej historii.  
To pora niebezpieczna. Gdy budzi Wysockich, Sowińskich, Piłsudskich. Gdy z mroków zapomnienia powołuje Guślarzy i chóry nocnych ptaków.
Pora jakże sprawiedliwa - równie sycąca Poetów, jak prostych grabarzy.
To pora, gdy idą między żywych duchy - i razem się bratają. Ci z Cytadeli i Pragi, z tymi spod Zadwórza. Tłumy z Lasu Katyńskiego, z garstką spod Smoleńska.
A tak zbratani, jak tylko ręka kata może połączyć ofiary.
Oni się modlić przychodzą na groby w dnie narodowej, tak zwanej, żałoby…

Miał rację książę Konstanty bojąc się listopada. To miesiąc niezwykły, w którym liberum conspiro kończy się śpiewem Pierwszej Brygady i wybucha Niepodległą.
Mieli rację jego sukcesorzy, gdy z lękiem wypatrywali naszych codziennych spisków i kroków mściwych synów.
Dziś powinni się bać. Pamięci o tych, którzy odeszli – choć mogli z nami pozostać.
I gniewu tych, którzy zostali – na przekór zmorom ze słowa - gesta – cienia.
Czekam na Polski Listopad. Porę niebezpieczną dla głupców i kanalii. Dla Onych - rechoczących ze słów o braku „zemsty i odwetu” i tych, którym się roi wspólnota upiorów z żyjącymi. 
Groźną dla ludzi bez pamięci, świadków „zgody budującej” i bywalców salonu.
Czekam na porę tak niebezpieczną, bo naznaczoną nadzieją.  Nie tę lichą, marną, co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera  - ale listopadową, zwyczajną, która czerpie odwagę z rzeczy wyklętych.
Czy ludzie, którzy po nią sięgnęli – wiedzą co im grozi?
Czy znają karę za uleganie satyra obietnicom?
Za zniweczenie - może ostatnich marzeń.
Jeśli jeszcze wierzą, że Bóg cara zrobił carem - lepiej im było się nie urodzić.
A nam – nie doczekać tej Nocy.




Tekst zamieszczony na blogu 2 listopada 2015 roku.

sobota, 28 października 2017

W INTERESIE WSI

Kto i jak zbadał, czy afera marszałkowa i zawiązany wówczas sojusz rosyjskiej agentury ze służbami III RP, miał, czy też nie miał wpływu na działania zmierzające do zastawienia pułapki smoleńskiej i doprowadzenia do śmierci 96 Polaków?
Czy bez gruntownego śledztwa, w sprawie relacji ludzi WSI z politykami PO-PSL oraz ustalenia, jaki wpływ miały te relacje na działania związane ze Smoleńskiem,  można myśleć o rozwikłaniu tajemnic zamachu lub rozprawie z obcą agenturą?
Skoro w latach 2007-2008, prowadzono brutalną operację wymierzoną w członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, zaś B. Komorowski usilnie zabiegał o dostęp do aneksu i nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, skoro środowisko WSI tak wielką wagę przywiązywało do dyskredytacji tajnego dokumentu, a w latach późniejszych doradzało jego całkowite zniszczenie – czy tę tematykę wolno uważać za nieistotną, w perspektywie wydarzeń, które rozegrały się w 2010 roku?
Czy w latach poprzedzających Smoleńsk, mogło dojść do równie dynamicznej działalności ludzi b. WSI oraz reaktywacji ich wpływów, gdyby B. Komorowski poniósł odpowiedzialność za udział w aferze marszałkowej i nie mógł kandydować na stanowisko prezydenta?
Jeśli były lokator Belwederu oraz ludzie z kręgów WSI, posiadają informacje na temat zawartości aneksu i wiedzą, co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia, podczas, gdy Polakom odebrano prawo do posiadania tej wiedzy, jakie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego tworzy taka dysproporcja oraz związana z nią możliwość prowadzenia gier i kombinacji operacyjnych przez środowisko b. WSI?

Każde z pytań, związanych z aferą marszałkową, procesem likwidacji WSI oraz aneksem do Raportu z Weryfikacji, pozostanie bez odpowiedzi.
Wbrew logice i elementarnym zasadom bezpieczeństwa uznano, że najważniejsza afera okresu rządów PO-PSL nie zasługuje na uwagę, a Polacy nie mają prawa poznać zawartości dokumentu, o który w latach ubiegłych toczyły się dramatyczne rozgrywki.
Nad wspólną decyzją prezydenta Dudy i prezesa Kaczyńskiego o nieujawnianiu treści aneksu, ciąży odium niewyjaśnionych spraw, nierozpoznanych zagrożeń, ale też pospolitych  kłamstw i manipulacji.
Bo też - jakim imperatywem musiał kierować się Jarosław Kaczyński, jeśli w kwestii tak zasadniczej dla naszego bezpieczeństwa, pozwolił sobie na deklarację sprzeczną z wcześniejszymi oświadczeniami?
Ja należę do nielicznych ludzi, którzy czytali aneks.  Naprawdę lepiej będzie, jeśli nie zostanie opublikowany. To jest moje głębokie przeświadczenie” – oznajmił prezes PiS, podczas zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale, 14 listopada br.
Jednak dwa lata wcześniej, podczas wywiadu w "Rozmowach niedokończonych" TV Trwam z 26 marca 2015, na pytanie prowadzącego: „jaki jest problem z aneksem i z Bronisławem  Komorowskim” – pan Kaczyński przyznał, że nie zna treści tajnego dokumentu:
No cóż, ja tu też niestety mogę się odwoływać do tajemnicy, przy tym ja pamiętam, ja tego aneksu nie zdołałem przeczytać. Byłem premierem i tylko wtedy miałem takie prawo ale to przy końcu mojego urzędowania zostało dostarczone i miałem tyle różnych innych zajęć, że po prostu nie dałem rady”.
Czytał więc czy nie czytał? A jeśli czytał, to kiedy, skoro po roku 2007 nie miał już żadnych uprawnień do zapoznania się z tajnym dokumentem?

sobota, 7 października 2017

ETAP CZY ZAKRĘT ?

Jeśli trafna jest hipoteza, że akuszerami „nowego rozdania” z roku 2015 byli ludzie związani ze środowiskiem WSI, „wybudzenie” pana prezydenta potwierdzałoby też zasadę stosowaną w latach ubiegłych: gwarantem zachowania status quo jest ośrodek prezydencki i jakiekolwiek spory w tym zakresie, będą rozstrzygane na korzyść tego ośrodka.
To ważna wskazówka, w przewidywaniu reakcji PiS na prezydenckie kontry”.
Rzadko się zdarza, bym pisząc nowy tekst po tak długiej przerwie, mógł bezpiecznie wrócić do zakończenia poprzedniego wpisu. Niestety, skorzystanie z tej „okazji” wymusza kontynuację tematyki prezydenckiej i jeśli Czytelnicy oczekiwali innych treści, uprzejmie proszę o wybaczenie.
Byłoby jednak niestosowne porzucenie tak wdzięcznego obiektu zainteresowań. Tym bardziej, gdy wydarzenia ostatnich tygodni potwierdzają tezę, iż ośrodek prezydencki nadal odgrywa rolę głównego wspornika i gwaranta układu III RP.
Piszę – nadal, bo jest to rola odziedziczona po prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego, z którą nierozerwalnie wiąże się troska o bycie „prezydentem wszystkich Polaków” i nieustanna wola „zasypywania podziałów”. Nie powinno też zaskakiwać, że w otoczeniu prezydenta ujawniono komunistycznych aparatczyków i ludzi z nadania b. WSI.
Ten naturalny (dla III RP) symptom, jest znakiem systemowej kontynuacji i nie przypadkiem niesie potwierdzenie dla najbardziej „spiskowych” i „szalonych” teorii. 
Z kolei, medialna gra wokół prezydenckiego weta oraz cierpliwe wyczekiwanie polityków PiS na nonsensowne propozycje pana Dudy, pozwalają twierdzić, że ośrodek ten jest rzeczywistym decydentem w sprawach „dobrej zmiany” i wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych oczekiwań. Nie po to pan prezydent trudził się wynajdywaniem pseudo-argumentów za odrzuceniem propozycji legislacyjnych, nie po to przez dwa miesiące zwlekał z ujawnieniem swoich bezcennych projektów, by po tych politycznych bachanaliach wyraził zgodę na naruszenie mafijnego status quo.
Informacja podana w piątkowy wieczór przez rzeczniczkę partii pana Kaczyńskiego: „Prawo i Sprawiedliwości poszło na ogromne ustępstwa jeśli chodzi o reformę wymiaru sprawiedliwości. Zgodziliśmy się na wybór członków KRS 3/5 głosów, na wyeliminowanie roli ministra sprawiedliwości, na to że KRS będzie wybierany ponadpartyjnie” – przecina wątpliwości odnośnie relacji Duda - PiS i doskonale potwierdza opinię przedstawioną na początku tekstu.
Partia „dobrej zmiany” podporządkuje się woli środowiska pana Dudy i proces ten zostanie przedstawiony wyborcy jako jedynie słuszna „droga kompromisu”. To oznacza, że nie będzie żadnej „reformy sądownictwa” ani żadnej innej zmiany, która w sposób realny mogłaby zagrozić interesom układu mafijnego III RP.

piątek, 11 sierpnia 2017

PREZYDENT MUSI BYĆ NICZYM LATARNIA…

Daleki jestem od posądzania pana prezydenta o działania nierozważne lub przypadkowe. Z jeszcze większym dystansem oceniam rozmaite „teorie ambicjonalne” oraz diagnozy o „konfliktach silnych osobowości”. Nie byłoby tego typu fantazji, gdyby głoszący je zechcieli zrozumieć treść zeznań Andrzeja Dudy z 29.10.2010 roku, złożonych przed zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza, ale też potrafili dostrzec, kim naprawdę jest ów wyniesiony na wyżyny prawnik, na tle historycznej postaci obecnego ministra obrony narodowej.
Prezydent musi być niczym latarnia morska - szukać tych, którym należy pomóc i ostrzegać przed zagrożeniem” –  20 maja 2015 roku napisał na Twitterze ówczesny kandydat na prezydenta i – paradoksalnie, trzeba było ponad dwóch lat, by ten „pijarowski” frazes nabrał stosownej treści.
Bo rzeczywiście - prezydent Andrzej Duda jest dziś „latarnią morską” i prawdziwie „ostrzega przed zagrożeniami”.
Jest „latarnią” dla ludzi Targowicy i tzw. elit III RP, które trafnie wiążą z nim nadzieje na zablokowanie zmian i reaguje dokładnie tam, gdzie zagrożone są najżywotniejsze interesy sukcesorów komuny.
W działaniach tego pana dostrzegam też logikę wpisaną w wielowątkową operację wojny hybrydowej oraz w strategię środowiska, które od 2013 roku aranżowało „nowe rozdanie” – zakończone wygraną A. Dudy i partii pana Kaczyńskiego.
Nie jest to opinia stworzona na gruncie ostatnich decyzji pana prezydenta.
Wysyp różnej maści mędrców, którzy dopiero dziś dywagują o „zawiedzionych nadziejach”, „zawróconym prezydencie”, a nawet „strażniku ubekistanu” i z zapałem wygłaszają gołosłowne teorie, potwierdza jedynie tragiczną kondycję „wolnych mediów”. To ludziom z rządowych przekaźników, wyborcy PiS zawdzięczają bolesne „zderzenie ze ścianą” i perspektywę dalszych rozczarowań. To one hołubiły i kreowały na „męża stanu” postać, która od dawna powinna być oceniana wyłącznie w kontekście realnych poczynań, ale też ogromu zaniechań.
We wrześniu 2015 roku, w tekście „NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO” napisałem, że „prezydentura pana Dudy otoczona jest przedziwną atmosferą. Za niedopuszczalne i niepoprawne uważa się stawianie jakichkolwiek pytań panu prezydentowi, zaś wyrażanie opinii krytycznych, jest uznane za działanie wrogie.
Ta atmosfera doskonale pokazuje rzeczywistą wartość "nowego rozdania", obnaża jakieś potężne lęki i skrywa niejasne, mętne intencje.  Wydawałoby się , że po pięcioletniej "cмутное время", powinniśmy zacząć traktować głowę państwa, jako "naszego", polskiego przedstawiciela. To by oznaczało, że możemy doń kierować swoje oczekiwania i postulaty, a co więcej - liczyć na ich wysłuchanie. To również oznacza pewną transparentność działań pana prezydenta, formułowanie jasnych celów, wniosków i ocen.”
Rozpostarcie nad prezydentem Dudą medialnego „parasola ochronnego” (identycznie ośrodki propagandy osłaniały B.Komorowskiego) sprawiło, że dopiero ataki na ministra Macierewicza, weto prezydenckie i widowiskowa odmowa nominacji generalskich, otworzyły oczy niektórym wyborcom PiS. Otworzyły, ale często na teorie bałamutne i bezpodstawne. Przypisywanie panu prezydentowi, jakoby ulegał wpływom niemieckim (a nawet żydowskim) i tłumaczenie tym procesu „wybudzenia”, jest może miłe dla ucha niektórych fantastów i agentury Putina, ale trudne do obrony na gruncie faktów. 
Bo tu i teraz, nadal działają nasze „rodzime szatany” i nie warto „umiędzynaradawiać” czegoś, co na odległość cuchnie wojskowymi onucami.

czwartek, 3 sierpnia 2017

PRZECIWKO MITOLOGOM "GEOREALIZMU"

Wyhodowanie rzeszy „georealistów” jest największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Na koncepcjach „georealizmu” zbudowano ład pojałtański, w którym okupacji sowieckiej nadano cechy pseudo-państwowości PRL, a gdy ta formuła zniewolenia okazała się zbyt anachroniczna, przekształcono ją w „państwo socjalistyczne nowego typy”, nazwane III RP.
„Georealizm” - to gatunek nienowy, wywodzący swoje korzenie z postaw targowiczan i tych XVIII –wiecznych „pragmatyków”, którzy wyborem „mniejszego zła” i poddaniem Polski Katarzynie II, zamierzali uniknąć agresji ze strony pruskiego monarchy.
Podstawowy dogmat „georealizmu” - jakoby Polska mogła być prorosyjska lub proniemiecka, albo nie istnieć w ogóle, doskonale oddaje fragment „Aktu założycielskiego konfederacji targowickiej”, w którym napisano:
A że Rzczplta pobita i w rękach swych ciemiężycielów moc całą mająca, własnymi z niewoli dźwignąć się nie może siłami, nic jej innego nie zostaje, tylko uciec się z ufnością do Wielkiej Katarzyny, która narodowi sąsiedzkiemu, przyjaznemu i sprzymierzonemu, z taką sławą i sprawiedliwością panuje, zabezpieczając się tak na wspaniałości tej wielkiej monarchini, jako i na traktatach, które ją z Rzczpltą wiążą.”
Współczesny  „georealizm” wynikał z akceptacji powojennego porządku i przyjęcia tezy, jakoby dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, Polska zaś, miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Komunistyczna agentura chętnie używała tego sofizmatu i wykorzystując pamięć o tragicznych doświadczeniach wojennych, przedstawiała sowiecką hegemonię jako „lepszą alternatywę”.
Przez półwiecze okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest gwarantem pseudo-państwowości PRL, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych aspiracji. Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Jednocześnie, „georealistyczni” namiestnicy PRL ze straszaka wojny z Rosją uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny wektor działań politycznych.
Mitologia „georealizmu” wywodziła, że z uwagi na nasze położenie geograficzne, jesteśmy „skazani” na budowanie dobrych relacji z sąsiadami, przy czym relacje te należy traktować dwutorowo i alternatywnie – jako opcję wschodnią lub prozachodnią.
Znakiem sukcesji komunistycznej III RP, było przyjęcie koncepcji, jakoby kultywowanie „przyjacielskich stosunków” z Niemcami, miało wyrażać prozachodnie i proeuropejskie aspiracje Polaków i w tym zakresie znacząco różniło się od kursu promoskiewskiego. Wykorzystano tu naturalne dążenia Polaków do odbudowy więzi ze światem Zachodu.
Postulat "integracji europejskiej" (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został skutecznie obciążony koncepcją zbliżenia z Niemcami, do czego przyczyniła się, nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na "odcinek pojednania", ale wspólna rosyjsko-niemiecka gra, obliczona na zachowanie Polski w strefie obcych wpływów i uczynienia z naszego kraju obszaru eksploatacji ekonomicznej. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych "akuszerów" naszego akcesu do UE i NATO.
To znamienne, że szereg zapisów „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z roku 1991, można odczytać w kontekście tej samej wizji, jaka towarzyszyła targowiczanom -„georealistom”:
Rzeczpospolita Polska i Republika Federalna Niemiec (…) są głęboko przekonane, że urzeczywistniając żywione od dawna przez ich Narody pragnienie porozumienia i pojednania, wnoszą ważki wkład w zachowanie pokoju w Europie,(…) pomne niepowtarzalnego wkładu Narodów polskiego i niemieckiego do wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego oraz wielowiekowego wzajemnego wzbogacania się kultur obu Narodów, jak również znaczenia wymiany kulturalnej dla wzajemnego zrozumienia i pojednania narodów”.
Ten poprawny geograficznie i fałszywy politycznie kierunek, stworzył trwałe, historyczne kajdany i od wielu dziesięcioleci oddala nas od perspektywy obalenia porządku pojałtańskiego.
Bo jeśli nie współpraca z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie zbliżenie z Berlinem, to moskiewski jasyr.
Mitologia "georealizmu" sprawiła, że od momentu powstania III RP, funkcjonuje tylko jeden i jedynie słuszny model państwowości, oparty na przeświadczeniu, że warunkiem istnienia państwa polskiego są "dobrosąsiedzkie" stosunki z Rosją i Niemcami oraz ciągłe "pogłębianie procesu integracji europejskiej”. Model ten, doprowadził nie tylko do konserwacji silnych wpływów okupanta rosyjskiego, ale na niespotykaną skalę utworzył i zabezpieczył wpływy niemieckie, głównie w obszarze ekonomii i mediów.

niedziela, 16 lipca 2017

CIEŃ

Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce – to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej – były złodziejstwa, pozostające bezkarne. Ponad wszystkim w Polsce zapanował interes jednostki i partii, zapanowała bezkarność za wszelkie nadużycia i zbrodnie.
W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu. 
Gdy wróciłem z Magdeburga i posiadłem władzę, jakiej nikt w Polsce nie piastował, wierząc w odrodzenie narodu, nie chciałem rządzić batem i oddałem władzę w ręce zwołanego przez siebie Sejmu Ustawodawczego, którego wszak mogłem nie zwoływać. 
Naród się jednak nie odrodził. Szuje i łajdaki rozpanoszyły się. Naród odrodził się w jednej tylko dziedzinie, w dziedzinie walki orężnej, tzn. pod względem odwagi osobistej i ofiarności względem państwa w czasie walki. Dzięki temu mogłem doprowadzić wojnę do zwycięskiego końca. We wszystkich innych dziedzinach odrodzenia nie znalazłem.
Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu.
Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi.
Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację.
Interes partyjny przeważał ponad wszystko.
Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu. To wszystko skierowane było przeciw każdemu, kto reprezentował państwo. Tych reprezentujących państwo było trzech: mnie, jako Naczelnikowi Państwa, obrzydzano życie ciągłą nagonką, oszczerstwami i najwstrętniejszymi potwarzami. Nie upadłem tylko dlatego, że jestem silniejszy od was wszystkich. Drugiego reprezentanta wprost zamordowano, a moralni sprawcy tego mordu uszli bezkarnie. Trzeci padał pod ciężarem męki z powodu sejmu i senatu. Gdy byłem po raz ostatni w Belwederze u pana Wojciechowskiego, żal mi go było. Człowiek tajał, postarzał się pod wpływem pracy sejmu i senatu. Kiedy go usiłowałem namówić do nieulegania wpływom partyjnym, odrzekł, że chciałby partiom oprzeć się, ale czuje, że ulegnie. (…)
Wydałem wojnę szujom, łajdakom, mordercom i złodziejom i w walce tej nie ulegnę. Sejm i senat mają nadmiar przywilejów i należałoby, aby ci, którzy powołani są do rządów, mieli więcej praw. Parlament winien odpocząć. Dajcie możność rządzącym odpowiadać za to, czego dokonają. Niech Prezydent tworzy rząd, ale bez nacisku partyj. To jest jego prawo. (…)
W rozkazie moim do wojska powiedziałem, że wziąwszy państwo słabe i ledwie dyszące – oddaliśmy obywatelom odrodzone i zdolne do życia.
Cóżeście z tym państwem uczynili? Uczyniliście zeń pośmiewisko!

Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego do przedstawicieli stronnictw sejmowych – 29 maja 1926 roku.



Był cień, który biegł koło mnie - to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.
Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. (…)
Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba - rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie - ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów - to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. (…)
            Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko.
Moi panowie, powtarzam, nie znam, gdy nad ubiegłymi latami się zastanawiam, nie znam zjawiska bardziej stałego, bardziej metodycznie prowadzonego jak to dotykanie rodzinnych stosunków, przed którymi każdy człowiek się zatrzymuje, jak to dotykanie moich przyjaciół, mojego otoczenia, każdego nieledwie człowieka, który się do mnie zbliżył, brudnymi rękoma, brudną duszą, brudnymi słowami i brudnym, stęchłym powietrzem.
Nie znam, moi panowie, zjawiska bardziej stałego, gdy przebiegam swoją historię za ubiegłe lata!...
Miałem przyjaciół, którzy się zmęczyli i odeszli, miałem współpracowników, z którymi źle czy dobrze współpracowałem, którzy w ten czy inny sposób ode mnie odchodzili. Ale to paskudztwo duszy, które do mnie przylepiano, było tak nieodłączne, tak systematyczne, że gdy myślę o przeszłości, zawsze się oglądam, czy ubranie moje jeszcze nie cuchnie.
A plucie to chrzczono wysokimi słowami, wysokimi hasłami. Była to prasa tak zwana narodowa, prasa tak zwana patriotyczna! Nie jest to tragizmem - dla mnie. Rzeczy takie rzadko się zdarzały na świecie, gdyż są one potworne, niemoralne, dzikie i wstrętne.
Wylęgać się takie zjawiska mogą tylko w bagnie niewoli, przez które narody przechodzą.


Józef Piłsudski w Hotelu Bristol, 3 lipca 1923 roku. 

wtorek, 13 czerwca 2017

AFERA MARSZAŁKOWA, ANEKS – NIERÓWNA GRA

„Gdyby afera marszałkowa została rzetelnie wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione społeczeństwu, zablokowałoby to karierę Bronisława Komorowskiego, udaremniało jego udział w wyborach prezydenckich i oszczędziło Polakom wielu bolesnych doświadczeń i upokorzeń.
Odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem Rosji na polskie życie polityczne, zapobiegło obcym knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie – o czym jestem przeświadczony, udaremniło pułapkę smoleńską i zamach z 10 kwietnia.
Nie trzeba tworzyć alternatywnej historii, by zrozumieć, że do dziś płacimy cenę za zignorowanie tego największego zagrożenia.”

Cytowany fragment pochodzi z jednego z moich tekstów z roku 2013. Przyznaję, że w tamtym czasie do głowy mi nie przyszło, że po wygranych wyborach parlamentarnych partia pana Kaczyńskiego nie powróci do wyjaśnienia okoliczności afery marszałkowej i nie pokaże Polakom, kim był człowiek sprawujący najwyższy urząd w III RP.
Choć osiem lat rządów reżimu PO-PSL obfitowało w setki najpoważniejszych występków, nie było w tym czasie sprawy równie ważnej, a zarazem symbolicznej niż afera marszałkowa – „matka” wszystkich afer.  Powstały wówczas układ, oparty na patologicznych relacjach służby-politycy-media stworzył fundament dla kolejnych szalbierstw i gier operacyjnych i do dnia dzisiejszego decyduje o kondycji tego państwa i logice wielu procesów publicznych.
Nie ma potrzeby wracać do szczegółowego opisu sprawy. Na moim blogu, pod hasłami „Komorowski” i „afera marszałkowa” widnieje kilkadziesiąt tekstów poświęconych tematowi.
Przypomnę jedynie, że afera marszałkowa  była wielowątkową kombinacją operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, Bronisława Komorowskiego, ABW, prokuratury i ośrodków propagandy, zmierzającą do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (Aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI. Gdy okazało się to niemożliwe, podjęto działania służące skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej i sparaliżowaniu prac Komisji oraz akcję odwetową wobec dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te mogły mieć również na celu uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI i były rodzajem „uderzenia wyprzedzającego”. Chodziło o zdezawuowanie treści zawartych w Aneksie i wytworzenie wokół Komisji Weryfikacyjnej atmosfery podejrzeń o nielegalne działania. Priorytetem kombinacji pozostawała ochrona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
Są w tej sprawie skandaliczne akcje prokuratury i ludzi ABW, jest wątek funkcjonariuszy ośrodków propagandy, są próby stosowania aresztów wydobywczych, rewizje, zastraszanie i nękanie świadków, są niewyjaśnione zgony.
Logikę kombinacji wytyczały słowa B. Komorowskiego ze stycznia 2008 roku – „Muszę zobaczyć aneks przed publikacją”. Padły one w reakcji na wiadomość, że prezydent Lech Kaczyński rozważa publikację Aneksu i ma wątpliwości, czy przed ujawnieniem dokumentu powinien skierować go do marszałków Sejmu i Senatu.
Komorowski, o czym w grudniu 2014 roku przypomniał Antonii Macierewicz – „robił wszystko, działał legalnie i nielegalnie, by zapoznać się z tym dokumentem i uniemożliwić jego opublikowanie, bądź go za wszelką cenę zdyskredytować.”
Można przyjąć za pewnik, że wobec tak silnego imperatywu i wewnętrznego przymusu, lektura Aneksu była pierwszą czynnością, jakiej oddał się B. Komorowski po przeprowadzeniu operacji zajęcia Kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaś oświadczenie lokatora Belwederu, złożone podczas sądowych zeznań  w sprawie afery marszałkowej – „aneks jest wymierzony we mnie”, opiera się na bezpośredniej wiedzy Komorowskiego i znajduje potwierdzenie w treści dokumentu.
Wszystko, co wiemy na temat tej ponurej postaci oraz niezwykle dramatyczne okoliczności towarzyszące aferze marszałkowej, muszą prowadzić do konkluzji, że sam zainteresowany, jak i bliskie mu środowisko b. WSI, uważało publikację Aneksu za rzecz wyjątkowo niepożądaną i wręcz groźną dla swoich interesów. W tzw. stanowisku stowarzyszenia „Sowa” do projektu  nowelizacji ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, z 28 listopada 2012 roku, można znaleźć opinię ludzi b. WSI na temat „rozwiązania problemu Aneksu”. „Sowa” doradzała dwa scenariusze :
Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „A” i zostaje przekazany do archiwum centralnego, np. Archiwum Akt Nowych z zastrzeżeniem, że może być udostępniony po 50 latach, tj. po 2056 roku. Drugie: Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „Bc”, co oznacza, że dokumentacja ma krótkotrwałe znaczenie praktyczne i po pełnym jej wykorzystaniu (co już nastąpiło), jest przekazywana na makulaturę – Aneks zostaje zniszczony”.
Na podstawie wiedzy o aferze marszałkowej i wydarzeniach prowadzących do 10 kwietnia 2010 roku, warto postawić pytanie: jeśli po to, by nie doszło do ujawnienia Aneksu, w latach 2007-2008 prowadzono brutalną i bezprawną grę wymierzoną w ustawowy organ państwa – Komisję Weryfikacyjną, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, jeśli B. Komorowski nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i usilnie zabiegał o dostęp do tajnego dokumentu, zaś środowisko b. WSI tak wielką wagę przywiązywało do jego zablokowania, a nawet doradzało całkowite zniszczenie, jak należy interpretować stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy wyrażone w słowach – „to nie jest najważniejsza sprawa dla Polaków, mam znacznie poważniejsze sprawy do załatwienia” oraz znamienne słowa prezydenckiego ministra K. Szczerskiego z 2015 roku – „to temat, którego nie ma”?

środa, 7 czerwca 2017

PYTANIE – CO DALEJ? - MUSI BYĆ ZADANE

Tezy „Białej księgi” zespołu parlamentarnego PiS, obalenie przez prof. Biniendę teorii „pancernej brzozy”, ujawnienie roli gen. Benediktowa i zadań moskiewskiego sztabu nadzorującego lot Tu-154, wnioski z opinii fonograficznej krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, informacje po ekshumacjach zwłok Zbigniewa Wassermanna i Anny Walentynowicz.
Każde z tych wydarzeń, mających miejsce w latach 2010-2012, było kamieniem milowym w procesie burzenia smoleńskich fałszerstw. Każde przybliżało nas do prawdy o zamachu smoleńskim i pogłębiało wiedzę o matactwach i zaprzaństwie reżimu PO-PSL.
Każde też - gdyby III RP, choć przez chwilę była państwem prawa, a jej mieszkańcy świadomymi obywatelami, miało moc obalenia rządu-wspólników Putina.
Wówczas, przed pięcioma laty, zadałem na blogu pytania.  Zawisły w próżni, bo, podobnie jak dziś nie było woli, by zmierzyć się z takim wyzwaniem:
Co jeszcze musimy wiedzieć i jak koszmarne poznać tajemnice, by uświadomić sobie ogrom zbydlęcenia osób mieniących się politykami, funkcjonariuszami czy dziennikarzami tego państwa?
Po której odsłonie tych tajemnic pojawi się świadomość, że rządzą nami ludzie odpowiedzialni za śmierć polskiej elity, za bezczeszczenie zwłok polskich obywateli, tysiące kłamstw i niegodziwości?
Co dalej - politycy partii opozycyjnej, brylujący w rządowych mediach i salonach „warszawki”? Czy nadal wierzycie w mechanizmy demokracji i cudowną moc karty do głosowania? Czy pokładacie nadzieję w ponadpartyjnym „rządzie fachowców” i podziałach na złych i dobrych polityków grupy rządzącej? Czy zdobędziecie się na odwagę  powiedzenia Polakom, w jak zniewolonym kraju żyją i z kim naprawdę mają do czynienia?
Co dalej – księża biskupi, ślący podziękowania za „życzliwość i wrażliwość rosyjskiego ludu”, składający homagium lokatorowi Belwederu i  jednający się z agentem zbrodniczego reżimu? Czy Polacy broniący krzyża smoleńskiego nadal będą „fanatyczną sektą” i „ludźmi zadymionymi PiS-em”?
Czy usłyszymy wasz głos potępienia dla nieludzkich praktyk obecnej władzy? Czy staniecie w obronie rodzin ofiar Smoleńska, haniebnie oszukanych i wydanych na pastwę prokuratorskich hien?
Co dalej – zacni panowie publicyści i „nasi” eksperci,  pouczający „lud pisowski” o potrzebie głębokich reform i demokratycznych przemian, dywagujący o zagrożeniach demokracji i wolnych mediach? Czy nadal będziecie podążać za każdą brednią rzuconą przez medialnych terrorystów i drżeć przed ich ocenami?
Kiedy zrezygnujecie z mitologii „wspólnoty narodowej” i zdobędziecie na rzetelne opisanie polskiej rzeczywistości, bez koniunkturalnych światłocieni i środowiskowych uzależnień?
Pytanie - co dalej, musi być zadane. Nim ogrom upodlenia uczyni z nas bezmyślnych niewolników.

Dziś, gdy ekshumacje ofiar Smoleńska ujawniają kolejne dowody barbarzyństwa reżimu Tuska i Komorowskiego i nikt przy zdrowych zmysłach nie może przejść obojętnie wobec zbydlęcenia „elit” III RP,  mogę – tylko wobec siebie, udzielić odpowiedzi na pytania zadane przed pięcioma laty.
Nie ma takiej wiedzy ani takiej świadomości społecznej, które w realiach tego państwa spowodowałyby narodowy wstrząs i doprowadziły do wytyczenia „ostrej granicy” My-Oni.  
Choćby nasi rodacy uzyskali pewność, że rządzili nami zdrajcy i wspólnicy w dziele zabójstwa 96 Polaków, będą wierzyli w mit demokracji i kłamstwo „wojny polsko-polskiej”, zaś Obcym nadadzą szlachetne miano „oppositio”.
Nie będzie żadnego „dalej”, bo politycy PiS, hierarchowie Kościoła i ludzie rządowych „wolnych mediów”, nigdy nie rozstaną się z mitem o demokratycznej III RP i nie powiedzą  Polakom – kim są Obcy. Żaden z nich nie znajdzie dość odwagi, by uwolnić się od przekleństwa politycznej poprawności i postawić Obcych poza narodową wspólnotą.
Owszem - dalej będą epatować emocjonalnym pseudo-patriotyzmem, „mobilizować” wyborców ogromem smoleńskiego bezprawia i dbać, by nastroje elektoratu nie wykraczały poza normę „walki o demokrację III RP”.