Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 20 lutego 2018

NUDIS VERBIS-PRZECIWKO MITOM - ODCZYTAĆ MACKIEWICZA

Ta książka jest publicystyczną próbą wytyczenia drogi do autentycznej wspólnoty. Próbą niełatwą, bo wymagającą pokonania szeregu mitów, które od dziesięcioleci ciążą nad naszą myślą polityczną i skutecznie paraliżują dążenia Polaków.
Mitologia, stworzona przez „elity” III RP, dotyczy nie tylko kwestii wewnętrznych i odrzucenia dychotomii My-Oni, ale fałszuje obraz relacji z naszymi sąsiadami, Europą i „wolnym światem”.
Dwa przerażające mity – georealizmu i demokracji III RP, zagradzają nam drogę do wolnej Rzeczpospolitej.
11 listopada 2017 roku, wydawnictwo PROHIBITA Pana Pawła Toboły Pertkiewicza, wydało książkę „Nudis verbis-przeciwko mitom”. Zamieszczony powyżej fragment wstępu ujawnia intencję jaka towarzyszyła mi podczas pisania tej książki.
Jeśli powracam do tematu „Nudis verbis” i absorbuję uwagę książką wydaną przed kilkoma miesiącami, to dlatego, że chciałbym rozpoznać – czy i na ile, wyrażony we wstępie zmysł wytyczenia drogi do autentycznej wspólnoty, znajduje potwierdzenie w opiniach czytelników i jest przez nich akceptowany?
Czy refleksje zawarte w tej książce, wolno traktować jako próbę pokonania mitów i ograniczeń narzuconych nam przez „elity” III RP, czy też pozostają one w sferze politycznych mrzonek i utopii ?
W jakim zakresie, tego rodzaju publikacja, może wyznaczać punkt wyjścia na drodze długiego marszu? Nie jego karykatury - marszu „trzech kadencji”, politycznego kuglarstwa,troski o posady i apanaże, lecz trudnej, polskiej drogi do Niepodległej.
Jako autor piszący pod pseudonimem, pozbawiony zatem przywileju bezpośrednich spotkań z czytelnikami, nie mam innego sposobu na poznanie Państwa opinii, jak poprzez rozmowę na blogu bezdekretu. Zrozumienie – jak tematy poruszone w „Nudis verbis-przeciwko mitom” są przez Państwa odbierane, do jakich prowadzą konkluzji, jest dla mnie niezwykle ważne.
Istnieją podobno dwa rodzaje recenzji: jedne-podobają się autorowi, drugie-wyrażają myśli czytelnika. Wiem jednak, że jeśli książka ma stanowić jakąkolwiek wartość, to tylko wyznaczoną ocenami tych, którzy ją przeczytali.
By przypomnieć tematykę „Nudis verbis-przeciwko mitom”, pozwalam sobie zamieścić recenzję, która sprawiła mi tyleż prawdziwej radości, jak wprawiła w niemałą konsternację.
Radości, bo autor tekstu, Pan Bogdan Zalewski – człowiek wolnej myśli i niepospolitej wiedzy, dogłębnie i nader odważnie odczytał „Nudis verbis”, odnajdując w niej pokłady bliskich mu idei, zakłopotania zaś, bo słowa, jakimi zechciał nakreślić portret autora książki, mogłyby skruszyć nawet mury franciszkańskiej pokory.
Nade wszystko dziękuję Panu Zalewskiemu, że odnalazł w tej książce dziedzictwo myśli Józefa Mackiewicza i zechciał o tym tak dobitnie napisać:
To jest jakby głos Mackiewicza zza grobu, jako autora "Nudis verbis" - publicystyki z lat 1939 - 1949. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym i w jaki sposób pisałby autor "Kontry", gdyby żył, powinien sięgnąć po dzieło Ściosa.”
Znajduję w tych słowach najwyższe wyróżnienie i równie wielką odpowiedzialność. Sięgając po mackiewiczowski tytuł, czerpiąc z jego literackiej spuścizny i geniuszu myśli, nie miałem cienia pewności, że choć w części sprostam wyzwaniu.
Tym bardziej chciałbym poznać opinie czytelników, że żyjemy w państwie, które wzorem komunistycznego poprzednika, odrzuca myśl Józefa Mackiewicza lub czyni z niej jakąś politycznie poprawną karykaturę. 
Odczytać Mackiewicza – to wielkie zadanie dla wolnych Polaków.



Tekst Bogdana Zalewskiego z 29 listopada 2017:

JAK ŚCIOS SŁOWA OCIOSAŁ DO SAMEGO SEDNA

Pozostaje od lat w ukryciu, pisząc swe artykuły i książki pod pseudonimem Aleksander Ścios.
W swoich wpisach nieraz sięgałem do jego tekstów i tomów, które często czytałem z ołówkiem w ręku. A są to: „Trzecia Rzeczpospolita czy Trzecia Faza”, „Kręgi Piekła sprawa Krzysztofa Olewnika”, „Zbrodnia smoleńska. Anatomia dezinformacji”, „Smoleńsk. Pułapka tajnych służb?”, „Antykomunizm broń utracona”, „Bezpieka. O mitologii służb specjalnych PRL”, „Afera marszałkowa”, „Zbrodnia założycielska III RP. Zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki” i najnowsza „Nudis verbis – przeciwko mitom” wydana w oficynie Prohibita przez prawego wydawcę Pawła Tobołę Pertkiewicza.
Zachęcam z całego serca i umysłu. To tom pełen rozumnych emocji i myśli będących wyrazem pięknych uczuć.
Aleksander Ścios jest w prostej linii spadkobiercą idei, postawy i stylu Józefa Mackiewicza, jednego z niewielu prawdziwie antykomunistycznych polskich pisarzy XX wieku. Oczywistym znakiem tej kontynuacji jest tytuł- "Nudis verbis- przeciwko mitom". To jest jakby głos Mackiewicza zza grobu, jako autora "Nudis verbis" - publicystyki z lat 1939 - 1949. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym i w jaki sposób pisałby autor "Kontry", gdyby żył, powinien sięgnąć po dzieło Ściosa. Ten nasz współczesny, według mnie najwybitniejszy i najbardziej osobny myśliciel polityczny, dokonuje twórczej ekstrapolacji Mackiewicza. To projekcja tamtej prozy na nasz krajowy ekran, gdy usuniemy z niego neokomunistyczne widma, propagandowe symulakry, wszystkie puste słowa i nierzeczywiste obrazy.
Oto próbka tej twórczej metody. Autor "Nudis verbis - przeciwko mitom" zastanawia się nad aktualnością mackiewiczowskiej wizji geopolitycznej z połowy XX w. „Gdzie przebiega analogia między powojennymi diagnozami pisarza a naszą współczesnością i co wspólnego z obecnym położeniem Polski może mieć opis realiów sprzed 60 lat?"- pyta Aleksander Ścios i przywołuje plastyczny opis Polski rodem z książki Mackiewicza. "Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną Kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i triumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczące szpalery ‘autorytetów’ konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.”
Ścios potrafi trafnie przełożyć tę wizję na nasze współczesne realia. „Jakkolwiek ‘siepaczy hitlerowskich’ zastępują dziś szacowni politycy niemieccy, z pupilką Stasi na czele, a ‘przepaść bolszewicka, ma być zaledwie koleiną, wytyczoną politycznym ‘georealizmem’, obraz nakreślony przez pisarza musi przerażać swoją aktualnością. Trwająca kolejny rok wojna na Ukrainie, powinna bowiem uświadamiać, że dwa żywioły, rosyjski i niemiecki, nadal potrafią współpracować w dziele zniewolenia Europy. Agresja wobec Ukrainy jest tu zaledwie etapem i swoistym ‘polem doświadczalnym’ nowego sojuszu Moskwy i Berlina. Akta niemieckich polityków, zgromadzone w archiwach Łubianki, wspólnota interesów ekonomicznych i celów geopolitycznych, dają pewność, że sojusz ten przetrwa każdą próbę. Na tle relacji europejskich nadal stanowi on śmiertelne zagrożenie.”
Mackiewicz napisał z bolesną ironią o "kroczących szpalerach ‘autorytetów’ konspiracji". Dziś też mamy nieliczne a krzykliwe "autorytety konspiracji" z symboliczną postacią "Nadredaktora" - szefa "Gazety Wyborczej", guru całego tego aparatu neokomunistycznej propagandy z ulicy Czerskiej. Kiedy czytam najnowszą książkę Ściosa przypomina mi się słynny cytat ze Zbigniewa Herberta, Mistrza dla autora "Nudis verbis- przeciwko mitom": „Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował >>socjalizm z ludzką twarzą<<. To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jest potwór, więc powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję takich hybryd i uciekam przez okno z krzykiem.”
Właśnie w tym herbertowskim znaczeniu Ścios opisuje przekleństwo "hybrydyczności" ojców założycieli III RP: „W czasach PRL-u, zetknięcie komunizmu z polskością, zawsze ujawniało przepaść tak różnych systemów wartości, obnażało odrębności języka, kultury i tradycji. Napotykano ją szczególnie tam, gdzie komuniści próbowali mieszać porządki; godzić patriotyzm z dogmatem internacjonalizmu lub integrować państwowy ateizm z polskim katolicyzmem. Sztuka połączenia tych nieprzystawalnych światów, udawała się tylko osobnikom praktykujący postawy konformistyczne: z jednej strony ‘otwartym katolikom’, w rodzaju Mazowieckiego czy Wielowieyskiego, z drugiej -‘marksistowskim schizmatykom’ jak Kuroń i Michnik. Z połączenia tych postaw stworzono zatem grupę demokratycznej opozycji, by znaleźć w niej partnerów do rozmów z komunistami. Ten system selekcji pozwala zrozumieć, dlaczego niemal wszyscy ludzie owej opozycji - budujący z ekipą Jaruzelskiego podwaliny III RP, to osoby w różny sposób związane z partią komunistyczną: jej członkowie, sympatycy, beneficjenci ówczesnych władz, artyści uwikłani w zależność od reżimu, uczestnicy życia publicznego w PRL, piewcy wszelkich odmian komunizmu ‘z ludzką twarzą’, oddani agenci bezpieki, a w najlepszym przypadku - ‘pożyteczni idioci’, pełniący z nadania SB rolę kompanów i magdalenkowych statystów.”
Ten cytat z książki Aleksandra Ściosa to dla mnie najwierniejszy obraz tego przeklętego dla Polski środowiska, "blatujacego" się z komunistami. Razem wpatrzeni wyłącznie w mityczną "przyszłość", w tchórzliwym geście zapomnienia o własnych przewinach, zwolennicy politycznej "futurologii" kpią z tych, którzy powracają do pism prawdziwie niezłomnego antykomunisty. Mackiewicz nie jest dla nich wyrzutem sumienia, a przebrzydłą figurą z czasów, gdy ich przodkowie wyzywali takich jak on Polaków od "karłów reakcji". Po co wracać do anachronicznych "narracji"? Jeszcze ktoś mógłby dojść do groźnego wniosku, "że optymizm nie zastąpi nam Polski"!
Ze świecą szukać u nas tak trafnych i bezkompromisowych analiz jak Ściosa.
On nie jest z naszego świata dziennikarskich geszefciarzy i kramarzy pióra, piewców kompromitujących ich kompromisów. Jest totalnym outsiderem, twórcą wyklętym, autorem zbójeckim, więc i na tej płaszczyźnie powtarza los swego Mistrza. Świadomie podąża jego wąską i niebezpieczną, samotną ścieżką pośród skał, gdzie oddycha się ostrym, górskim tlenem, dlatego warto ryzykować, zamiast w tłumie, bezpiecznie łazić po zadymionych dolinach, snuć się beznadziejnie po drogach donikąd jak bezsensowny słowny smog.
Bo Ścios to haust! Jego blog jest hipertekstualną hiperwentylacją.
A czytać jego tom i pisać o nim to robić głęboki wdech-wydech!
Tak, proszę Państwa, my mamy swojego nowego Mackiewicza!
Ścios pisze tak, jakby przewidywał, co "Ptasznik z Wilna" sądziłby o nas- dzisiejszych Polakach i naszych elitach, jak oceniałby wydarzenia z przełomu XX i XXI wieku, jakie diagnozy stawiałby w pierwszych dekadach III RP, jakie pisałby dla nas recepty. Ta medyczna metaforyka nie jest przypadkowa. Ścios pisze o "dżumie" zbierającej żniwo w Polsce i na świecie, nawiązując do słynnej powieści innego swojego mistrza Alberta Camusa.
Autor "Nudis verbis. Przeciwko mitom" przekonująco argumentuje, że wciąż śmiertelnie groźna jest szalejąca dżuma komunizmu, zabijająca "duszę narodu". Na czym polega ten mord? Jeśli rozpoczęto go w latach 40. ubiegłego wieku, nie skończył się wraz z rzekomym ‘upadkiem komunizmu’. Ta zbrodnia trwa do dziś- w państwie zbudowanym na kłamstwie i sukcesji komunistycznej. Jest na etapie, w którym mieszkańcy nieszczęsnego Oranu cieszyli się ze śmierci szczurów roznoszących zarazę. Cieszyli niepomni ostrzeżenia, że dopiero śmierć roznosicieli wywoła epidemię i zabije całą populację. Bakcyl nie mógł zniknąć, on się nie ulotnił jak kamfora. Wirus zmutował i jeszcze bardziej uodpornił się na ideowe szczepionki i antybiotyki wiary. Co więcej jego efekty stały się niemal niewidoczne. Neokomunistyczna dżuma nie atakuje już głównie ciała, ona skuteczniej zabija nasze dusze. Kiedy marksizm pustoszył ekonomicznie zainfekowany kraj, taki gramscizm w spokoju pozostawia "bazę", atakując "nadbudowę". Całe grupy "intelektualistów" gorączkują, bełkoczą, halucynują, bo masowo najadły się neokomuszego szaleju. Znaleźć zdrową, odporną na jad jednostkę to prawdziwy cud. Jednym z elitarnych pisarzy, absolutnie niepodatnym na epidemię szalonych "świętych krów" komuny, jest właśnie Aleksander Ścios. On sam jest jak szczepionka!
Komunizm to dżuma, ale jest i cholera - tak zwanego georealizmu. Czym jest ta śmiertelna choroba "elit" III RP, którą ci zawsze "mądrzejsi" zarażają nas, biednych rodaków-rabów? Co to są za smutki-trutki, toksyczne koncepcje? „Ich twórcy nie tylko nie wierzą w potencjał Polaków i możliwość zbudowania silnej państwowości, ale porażeni własną niemocą, uczynili z naszego położenia geograficznego najtrwalsze kajdany. Bo jeśli nie ‘współpraca z Rosją’- to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie ‘zbliżenie z Zachodem’ - to moskiewski jasyr. ‘Przekleństwo georealizmu’ będzie nam ciążyć tak długo, jak długo dajemy wiarę, że Polska musi być proniemiecka. Albo nie istnieć w ogóle.”
Aleksander Ścios suchej nitki nie pozostawia na tej "filozofii" niewolników. Dla mnie osobiście to najcenniejszy wkład pisarza w naszą, polską tradycję niepodległościową. Dzięki autorowi "Nudis verbis-przeciwko mitom" ciągle żywe są koncepcje rodem z naszego wspaniałego dwudziestolecia międzywojennego. Przenikliwy publicysta nie pozwala nam zapomnieć, że nasz kraj zawsze leży między dwiema obcymi, ba!, wrogimi potencjami, nieustannie ekspansywnymi, prawie bez przerwy agresywnymi, dążącymi do realizacji swoich chorobliwych imperialnych ambicji, szalonych planów ponad stan. Jednym z najważniejszych fragmentów książki jest dla mnie pięć zdań na ten temat.
Polska nie potrzebuje bowiem- ani Rosji ani Niemiec. Sąsiedztwo tych państw jest dla nas źródłem nieustannych konfliktów, wojen i ograniczeń państwowości. Jeśli syta i próżna Europa ‘potrzebuje Rosji’ - niech brata się z nią na własny rachunek. Nigdy zaś kosztem Polski i naszej niepodległości. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że w najżywotniejszym interesie Polaków leży, by Rosja została rozbita i zniknęła z mapy świata, Niemcy zaś stały się krajem słabym militarnie i gospodarczo.”
To dla mnie fragment, który z lubością ze Ściosa tutaj przepisuję: pięć prostych zdań jak palce prawej dłoni: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. I wystarczy. Gdyby "Nudis verbis- przeciwko mitom" składało się tylko z takiego krótkiego akapitu, wystarczyłoby mi to, by kupić cały tom autora. To dziś złota myśl!
A przecież takich zdań jest tam bez liku. Głośno klaszczę w dłonie, kiedy autor cytuje słowa Józefa Mackiewicza dotyczące amerykańskiej pomocy wyłącznie tym krajom, które same tak bardzo się starają, że na to sojusznicze wsparcie zasługują. Te oceny sprzed 60 lat znakomicie współgrają z cytowanymi przez Aleksandra Ściosa analizami szefa amerykańskiego Stratforu George’a Friedmanna.
Bardzo trafne jest przeciwstawienie twardej polityki Izraela wobec arabskich sąsiadów potulności "naszych" georealistów w stosunku do państw ościennych. Kudy nam Polakom do mądrych Żydów?
Przekonuje mnie postulat "polskiej drogi" w polityce zagranicznej bez oglądania się na spójność "Unii Europejskiej" i "jedność NATO". Autor słusznie dowodzi, że interesy najważniejszych naszych zachodnich "partnerów" są sprzeczne z polską racją stanu. I ja palę Paryż, burzę Berlin oraz Brukselę.
Mimo że często - z braku lepszej alternatywy- bronię polityki rządu Prawa i Sprawiedliwości, przytakuję publicyście, który stracił nadzieję na wyrwanie się partii Jarosława Kaczyńskiego z konsensusu Okrągłego Stołu, systemu III RP oraz georealizmu. Podzielam też pogląd, że prezydentura Andrzeja Dudy jest bezpośrednią kontynuacją "komorowszczyzny" - personalną oraz strategiczną.
Podobnie pełna zgoda ze Ściosem, że do tej pory w naszym kraju nie było prawdziwie antysystemowego, antykomunistycznego ugrupowania, a wszystkie dotychczasowe przejawy kontestacji III RP (np. Korwin, Kukiz) były jedynie kontrolowanym kanalizowaniem politycznej frustracji elektoratu.

Łączy mnie z autorem bardzo pozytywny ogląd naszego dwudziestolecia międzywojennego. I ja widzę w tym okresie źródło właściwej propaństwowej postawy. Bardzo celna jest na przykład ściosowska analiza maksymy szefa naszej dyplomacji przed II wojną światową. „Polska jest na granicy dwóch światów’- mógł powiedzieć Józef Beck, obserwując zmiany, jakie zachodziły w Europie w połowie lat 30. Ówczesna ‘polityka równowagi’ była wprawdzie koncepcją optymalną, jednak w zderzeniu z europejską ‘polityką ustępstw’ i finalną zdradą Francji i Anglii, musiała zakończyć się klęską II Rzeczypospolitej. Uzupełnienie jej (co wówczas było niemożliwe), poprzez ścisły pakt militarny ze Stanami Zjednoczonymi, tworzyłoby całkowicie inną sytuację.”
Po wojnie całe pokolenia Polaków były zastraszane groźbą sowieckiej interwencji. Wyhodowanie tchórzy myślących o bezpieczeństwie naszego kraju tylko i wyłącznie w zgodzie z interesami Berlina, Paryża i Brukseli oraz w bojaźni i drżeniu przez Moskwicinami to - zdaniem Ściosa- największy triumf komunizmu. Dowodem na tę diagnozę jest fakt, że nasi przodkowie z Dwudziestolecia takich obaw nie przejawiali i nie stawiali sobie podobnych barier w dyplomacji.
III RP to fałszywa nazwa, bo nie jest żadną kontynuacją II RP.
Ścios trafnie wskazuje jedynego polityka, który potrafił wyrwać się z oków georealizmu i pęt strachu przed Rosją. To prezydent Lech Kaczyński, który nie tylko słowami, ale i czynami przeczył fatum polskiej niemożności. Jego antyrosyjskie gruzińskie orędzie w czasie wojny 2008 roku nie było w jego przypadku pustosłowiem. Jak mówił w Tblisi, tak czynił na co dzień. Nie bał się zapłacić najwyższej ceny za dążenie do celu- pełnej niepodległości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. To on był kontynuatorem najpiękniejszych tradycji naszego patriotyzmu i prometeizmu, próbując z całą mocą wcielać w życie jagiellońskie wizje.
Na przeciwnym biegunie Osoby prezydenta Polski, którą można potraktować jako personalizację chrześcijańskiej jedności Człowieka, jest fałszywa patchworkowa "tożsamość" lidera Rosji. Mowa Lecha Kaczyńskiego była rodem z Ewangelii -"tak/tak, nie/nie", a czyny z były realizacją Prawdy. A Władimir Putin- nowy komunista? On wyznaje -właściwą dla niektórych drapieżników- przyrodniczą zasadę mimikry, strategię politycznego mimetyzmu, fałszywego upodabniania się do przeciwników, aby ich zwalczać ich własną bronią. „Putin będzie więc socjalistą dla zaczadzonych socjalizmem i narodowcem, dla wyznawców idei narodowych. Stanie się gorliwym chrześcijaninem, gdy przyjdzie mu oszukać chrześcijan i pierwszy sięgnie po symbole wolnomularstwa, gdy sprzymierzy się z masonami. Dla Żydów założy jarmułkę, a muzułmanom zbuduje meczet. Nie ma takich idei, doktryn i religii, których prawdziwy czekista nie byłby w stanie wyznawać.” - napisał przenikliwie Aleksander Ścios, uważny czytelnik prac znawców bolszewizmu - Anatolija Golicyna oraz Wiktora Suworowa.
Jedynym punktem, który poróżniłby mnie ze Ściosem jest jego opinia na temat Donalda Trumpa. Autor "Nudis verbis" bardzo negatywnie postrzega postać obecnego prezydenta USA, jakby widział ją jedynie przez pryzmat zarzutów liberalnych amerykańskich mediów. Czy podejrzane związki z Rosją, nagłaśniane "russian collusion" to najlepsze kryterium oceny teraźniejszego rezydenta Białego Domu? Śmiem wątpić. Wszystkie dotychczasowe działania Waszyngtonu wobec Moskwy i Warszawy, świadczą moim zdaniem o nietrafności, a przynajmniej nietrwałości oskarżeń. Trump czyni (na razie) wszystko, aby cień Putina rzucany na niego podczas kampanii prezydenckiej 2016 znikł bez śladu. Jednak mogę się oczywiście mylić. Podobnie podejrzliwy byłem na początku wobec ostrej ściosowskiej oceny rozpoczynającej się prezydenckiej kadencji Andrzeja Dudy, by oddać Ściosowi sprawiedliwość po tarciach na linii Duży Pałac MON, atakach BBN-u na ministra Antoniego Macierewicza, a w końcu skandalicznych wetach głowy państwa do ustaw sądowych autorstwa Prawa i Sprawiedliwości. Tak więc, także w przypadku Donalda Trumpa mogę w przyszłości przyznać rację autorowi "Nudis verbis- przeciwko mitom". Trwa wciąż polityczna epoka obecnego przywódcy USA, wszystko jest jeszcze możliwe. To work in progress, polityczne doświadczenie antyputinizmu obserwowane in statu nascendi. A na razie - w odróżnieniu od Ściosa- cieszę się prezydenturą Trumpa. Raduję się, że odeszli twórcy resetu z Rosją: Obama oraz Clinton. 

Jednak poza tymi różnicami zdań właściwie powinienem tu przepisać całą książkę Ściosa. Jeśli nie dosłownie, to może choćby tak jak Ścios przepisuje Mackiewicza.
Ambitne zadanie przed sobą postawiłem- ja, pomimo pewnej swojej krnąbrności, idący wciąż na liczne kompromisy z naszą współczesnością, czasem marnym, dopasowujący swój język i styl do tej pośpiesznej, pobieżnej i płaskiej epoki. A przecież moje słowa powinny być suche jak cyfry, każde zdanie logiczne niczym matematyczne równanie.
Całe akapity są przecież u Ściosa jak wyciosane z brył lodu. Autor - spadkobierca niepodległościowych idei polskiego Romantyzmu jest klasykiem eseistycznej formy. NUDIS VERBIS znaczy dosłownie po łacinie "nagimi słowami". Słowniki tłumaczą ten zwrot z języka starożytnych Rzymian na takie polskie zwroty frazeologiczne jak: (mówić) bez ogródek, nie owijając w bawełnę, prosto z mostu. To prawda, naga prawda. Taki jest Ścios. On faktycznie mówi JAK JEST, że użyję tego zgranego sloganu pewnego "fałszywego prawdomówcy".
Jednak mówić o Ściosie jako o weredyku to mało. "Nagie" są jego słowa także w stylistycznym znaczeniu, bo ogołocone z wszelkich zawijasów, niepotrzebnych ozdobników, z tego całego późnego "rokokoko", tak charakterystycznego dla wielu "sławnych" felietonistów, bastardów Gombrowicza lansowanych w pstrych periodykach PRL 2.0.
Ścios udowadnia, że metafory autora "Zwycięstwa prowokacji" wcale nie wyblakły, trzeba je tylko odpowiednio czytać. Publicysta, z wykształcenia historyk idei, znalazł klucz interpretacyjny. Zaczyna od bloga Bez Dekretu, który jest zbiorem notatek na mackiewiczowskich mankietach, zawsze kończąc na gotowych już książkach, wielkich glosach Ściosa, takich jak te: "Nudis verbis - przeciwko mitom".
Dzięki tej książce oficjalna historia współczesna nie różni się niczym od mitologii greckiej. Jak w starożytnych fabułach bogini Atena wyskakiwała nagle z głowy Zeusa, tak III RP ni stąd ni zowąd wypadła ze łba PRL-u. Kto wierzy w to dosłownie, naraża się na śmieszność w oczach tych, którzy czytają Aleksandra Ściosa.


Bogdan Zalewski


link do tekstu na blogu autora recenzji:



niedziela, 4 lutego 2018

SMOLEŃSK – ŹRÓDŁO NADZIEI

Z partią pana Kaczyńskiego nie wiążę nadziei na odzyskanie Polski. Jako część systemu politycznego III RP nie jest ona zdolna do zerwania z fałszywą mitologią  i nie chce obalenia magdalenkowego porządku. Nie ma w niej „oferty dla radykałów”, o którą prosiłem w jednym z lipcowych tekstów.
Odzyskanie władzy przez PiS, może prowadzić do dobrych zmian i polepszenia życia moich rodaków, nie zakończy jednak państwowości komunistycznej hybrydy. Wbrew temu, jak zwolennicy PiS interpretują wyborcze zachowania, uważam, że ukrywanie najtrudniejszych tematów nie jest „posunięciem taktycznym” i nie ma nic wspólnego z „mądrą strategią”. Anonsuje raczej słabość tego środowiska i jest zwiastunem rzeczywistych, acz skrywanych intencji. Taką zapowiedź przynosi już prezydentura Andrzeja Dudy, z jej specyficznym rysem kontynuacji „doktryny Komorowskiego” i skrupulatnym unikaniem tematyki smoleńskiej. Wiara, że po wygranych przez PiS wyborach nastąpi „cud nad Wisłą”, jest równie uzasadniona, jak partyjny dogmat o ćwierćwieczu wolności i demokracji”.
Gdy we wrześniu 2015 roku, w tekście „OPOZYCJA DEMOKRATYCZNA – CZYLI CONTRADICTIO IN ADIECTO” napisałem te słowa, nie sądziłem, że nawet tak umiarkowana ocena przyszłych rządów „dobrej zmiany” okaże się nazbyt optymistyczna.
Jeśli po dwóch latach działalności tego rządu, tylko niepoprawni „radykałowie” wspominają o obowiązku wyjaśnienia narodowej sprawy smoleńskiej, jeśli dla większości Polaków nie jest ona bezwzględnym kryterium polskiej racji stanu – zawdzięczamy to „strategii” Jarosława Kaczyńskiego i zaniechaniom, które przejdą do historii jako dowód wyjątkowej słabości i zaprzaństwa.
Nie ma sensu przypominać, że podczas tych dwóch lat nie podjęto tematu żadnej zbrodni z okresu PRL i III RP, że nie wyjaśniono ani jednej afery, nie wszczęto i nie doprowadzono do końca żadnego śledztwa w sprawach najważniejszych dla Polaków. Nie ma sensu, bo większość naszych rodaków nie zada sobie pytania: jeśli ten rząd obawia się ujawnienia prawdy o zbrodni założycielskiej III RP-zabójstwie księdza Jerzego, jeśli ucieka od wyjaśnienia dziesiątków tajemniczych zgonów z lat 2010-2015, jeśli nie chce pokazać Polakom kulisów afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej i odmawia im prawa do poznania aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI- jakże mógłby zmierzyć  się z prawdą o zbrodni smoleńskiej?
Nie słowa i nie partyjne deklaracje, ale fakty świadczą o tym, czym dla partii Kaczyńskiego jest sprawa smoleńska i jak PiS traktuje ten narodowy obowiązek.
Faktem jest, że wyjaśnienie największej zbrodni we współczesnej historii Polski powierzono zaledwie podkomisji ministerialnej, o budżecie 2 mln zł w roku 2017. Dla porównania: tyle samo przeznaczono na stworzenie aplikacji mobilnej i strony internetowej akcji Agencji Rolnictwa „Polska smakuje” czy na nagrody dla pracowników biur poselskich. W tym samym budżecie 2017, rząd PiS wyłożył ponad 5,5 mln zł na działania tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (TPPR-bis).
Faktem jest, że nikt i nigdy nie rozważał projektów powołania specjalnego trybunału do zbadania tej zbrodni, uchwalenia dodatkowych przepisów karnych, stosowania aresztów wobec czołowych polityków poprzedniego reżimu i ludzi służb, zaangażowania najlepszych kancelarii prawniczych na świecie, powołania sztabów specjalistów ze wszystkich dziedzin związanych z tematem oraz wyłożenia z budżetu kwoty wielu miliardów złotych.
Nie rozważał zaś nie dlatego, by były to projekty nierealne, ale z tej przyczyny, że tak mogłoby postąpić tylko państwo wolne i niepodległe, w którym nie „kwestie wizerunkowe” i geszefty partyjne decydują o narodowych powinnościach.
 Faktem jest, że temat zbrodni smoleńskiej w ogóle nie istnieje na arenie międzynarodowej, a od czasu wymuszonej dymisji ministra Macierewicza, nie jest podnoszony przez żadnego polityka tego rządu. Nie ma też ani jednej inicjatywy „dobrej zmiany”, która zmierzałaby do informowania opinii światowej o okolicznościach zamachu lub budowania koalicji państw zainteresowanych wyjaśnieniem tej zbrodni.
Gdyby istniała wola odkrycia prawdy o Smoleńsku, ten temat winien  być priorytetem  polityki zagranicznej i od udzielonej nam pomocy, winny zależeć wszelkie kontakty i kontrakty zagraniczne. Żaden Trump, Merkel czy Macron, nie mogliby korzystać z polskiej przychylności ani liczyć na dostęp do polskiego rynku, póki nie udzieliliby wsparcia sprawie najważniejszej dla naszego interesu narodowego.
  Faktem jest, że dla tej sprawy i przekreślenia łgarstw moskiewsko-warszawskich, ten rząd nie zechciał wykorzystać najlepszego momentu w ostatnich dwóch latach – wizyty amerykańskiego prezydenta.
Ile razy w minionym czasie, Jarosław Kaczyński i jego partyjni koledzy wyrażali oburzenie, że narracja na temat 10 kwietnia została utrwalona w świadomości społeczeństw Zachodu przez tzw. raport Anodiny i kłamstwa funkcjonariuszy propagandy?
Ileż razy podkreślano, że stosunek „wolnego świata” do tematu Smoleńska został ukształtowany przez wersję moskiewską, zaś partia Kaczyńskiego nie ma możliwości dotarcia do rządów innych państw i ośrodków opiniotwórczych na Zachodzie?
Gdy przyszedł moment – bodaj jedyny od wielu lat, gdy oczy całego „świata” zwrócone zostały na Warszawę, a każde słowo wypowiedziane podczas wizyty Trumpa, było cytowane przez najważniejsze media – nikt nie usłyszał choćby wzmianki o zbrodni smoleńskiej.
  Faktem jest, że od kilku lat następuje wyraźnie przesunięcie akcentów i retoryki smoleńskiej. Wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego podczas miesięcznic, choć nie grzeszące oryginalnością, zawierają dość przejrzyste przesłanie. Cytowałem już na blogu słowa prezesa PiS z 47, 73 i 83 miesięcznicy. Wynika z nich, że dotychczasowa, spójna i jasna hierarchia celów-będziemy organizowali miesięcznice, póki nie dowiemy się prawdy o przyczynach śmierci naszych rodaków, uległa istotnemu przewartościowaniu. Celem nie jest już prawda o śmierci 96 Polek i Polaków, lecz budowa pomników. Słowa Kaczyńskiego z lipca 2017 roku wyraźnie podkreślają taką zmianę- „będziemy kontynuowali swój marsz aż do momentu, kiedy tu, niedaleko stąd staną pomniki: stanie pomnik prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego, stanie pomnik upamiętniający wszystkich, którzy polegli w katastrofie smoleńskiej”.
Sądzę, że Jarosław Kaczyński trafnie ocenił „zapotrzebowanie” społeczne Polaków: wystarczą nam zewnętrzne symbole, emocje i werbalny patriotyzm. Te zaś, można doskonale eksploatować poprzez partyjne „inicjatywy społeczne” zmierzające do postawienia pomników oraz organizowania pod nimi uroczystości. Z punktu widzenia „pragmatyki” partyjnej, łatwiej jest przecież zbudować pomniki z kamienia niż z prawdy.
Prawda materialna o Smoleńsku kosztowałaby zbyt wiele; groziła utratą spokoju społecznego, niosła perspektywę ostrej walki, wizję wyrzeczeń i ofiar.  Dla partii, której fundament władzy opiera się na relatywizmie i minimalizowaniu aspiracji Polaków, oznaczałaby konieczność podejmowania jednoznacznych decyzji i trudnych wyborów.
Prawda formalna jest bezpieczniejsza. Wsparta na „wspólnocie pomnikowej” i grze na emocjach, na długo może absorbować uwagę wyborców i zapewnić  PiS- owi miano „obrońcy pamięci”.
Faktem jest także, że wobec jedynego polityka, który sprawę smoleńską traktuje jako narodowy obowiązek i jako jedyny uczynił z niej priorytet swojej służby, podjęto ordynarne  gry i prowokacje partyjne oraz poddano jego misję woli miernot, tchórzy i nienawistników. Politycy PiS, nie tylko nie zapewnili pomocy Antoniemu Macierewiczowi, gdy przez ostatnie lata zmagał się z atakami agentury i polskojęzycznej targowicy, ale gremialnie wzięli udział w kombinacji „esbeckiego gambitu” i stając po stronie środowiska skupionego wokół Pałacu, doprowadzili do pozbawienia go stanowiska ministra obrony narodowej oraz możliwości prowadzenia dalszych działań  na rzecz bezpieczeństwa Polski.
Tej decyzji, nie wolno rozpatrywać poza kontekstem sprawy smoleńskiej.
To, co uczyniono „najwybitniejszemu ministrowi obrony narodowej w powojennych dziejach Polski”, który „uporczywie dążył do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej” (z oświadczenia Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu w sprawie odwołania ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza), jest zatem najmocniejszym dowodem intencji PiS w sprawie Smoleńska.
Jeśli lokator Pałacu Prezydenckiego i wykonujący jego polecenia prezes PiS, z jakichkolwiek względów zdecydowali o zdymisjonowaniu Antoniego Macierewicza, jeśli na polecenie tych osób dokonywana jest totalna „czystka” we wszystkich instytucjach ministerialnych, zaś utrata pozycji ministra miała doprowadzić do zepchnięcia podkomisji smoleńskiej na margines działalności MON – nie mam wątpliwości, że układ „dobrej zmiany” nie chce wyjaśnienia okoliczności narodowej tragedii.
Wybór został dokonany i prawdę o 10 kwietnia mają poznać nasze dzieci lub wnuki.
Logika działań układu wydaje się czytelna: Antonii Macierewicz, mianowany szefem podkomisji smoleńskiej, ma doprowadzić do sporządzenia „raportu technicznego”. Ogłoszenie tez tego raportu, w okolicy ósmej rocznicy, będzie głównym, a jednocześnie końcowym akordem. O to, by przebrzmiał szybko i bezrefleksyjnie, zadbają partyjne „wolne media”. Można się spodziewać, że po tej dacie, podkomisja zakończy swoją działalność, a nad sprawą zostanie zaciągnięta szczelna zasłona propagandowa.
W „planach strategicznych” szefa PiS leży m.in. wygranie wyborów samorządowych w Warszawie. Ma to pozwolić na odblokowanie projektów budowy pomników smoleńskich oraz zwekslowanie oczekiwań społecznych na „wspólnotę pomnikową”. Partia rządząca, zaprawiona już w instrumentalnym traktowaniu tematyki smoleńskiej, będzie ją użytkować wyłącznie dla „zmobilizowania” elektoratu oraz w kontekście rozgrywania tragikomicznej kreacji „oblężonej twierdzy”.
Niezdolność do prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej, uprawianie mitologii „georealizmu” oraz paniczna obawa przed posądzeniem o rusofobię, stanowią dostateczną gwarancję, że władze III RP nigdy nie oskarżą Rosji o sprawstwo tej zbrodni i nie podejmą działań na arenie międzynarodowej.
Z kolei – „wspólnota brudu” i mit demokracji, wzmocniony główną ideą partii Kaczyńskiego – troską o „kwestie wizerunkowe”, dają pewność, że żaden z polskojęzycznych wspólników Putina  nie poniesie konsekwencji.
Dostrzegam tylko jedną trudność w realizacji tego „strategicznego planu”.
Przed rokiem, w tekście „ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA?” napisałem, że „odejście z rządu szefa MON i chwilowa (lecz silna) fala krytyki PiS-u, to właściwy czas dla stworzenia nowej siły politycznej – autentycznej opozycji antysystemowej. Tego boją się wszyscy uczestnicy kombinacji wymierzonej w Antoniego Macierewicza, a szczególnie ci, którzy pod osłoną patriotycznej retoryki i pozorowanych zmian, chcieliby kontynuacji komunistycznej hybrydy.
Po to, by nie była to kolejna „trzecia siła”, inspirowana przez środowiska esbeckie, trzeba jednego warunku – wiarygodnego i silnego przywódcy, który z klęski zawiedzionych nadziei i traumy utraconych szans, potrafiłby zbudować potencjał ruchu politycznego. Można przypuszczać, że taki ruch zdobyłby poparcie ogromnej większości „twardego” elektoratu PiS, ale też przyciągnął wyborców z innych środowisk, wykluczonych dziś na mocy systemowych inscenizacji.
Lęk przed podobnym scenariuszem jest tym większy, że ze strony Antoniego Macierewicza nigdy nie groziły i nie grożą działania wymierzone w partię J. Kaczyńskiego, a tym bardziej, sprzeczne z interesem  Polski. Żadna „partia ludu pisowskiego” nie musi być wrogiem pana Kaczyńskiego ani dążyć do marginalizacji PiS-u. To sprawia, że próba przymusowej radykalizacji takiej inicjatywy lub szermowanie zarzutem „ataku na PiS”, byłaby absurdalna i skazana na porażkę”.
W roku 2013, Antoni Macierewicz odbierając Wielkopolski Medal Przemysła II, przyznany mu przez Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu, złożył niezwykle ważną deklarację – „Magdalenki w sprawie Smoleńska, póki ja żyję, nie będzie”.
Jej treść powtórzył niedawno w TV Trwam – „Bez względu na to, co będę w życiu robił, to doprowadzę do dojścia do prawdy w sprawie tragedii smoleńskiej. W tej sprawie proponuję, aby nikt nie miał wątpliwości”.
Antoni Macierewicz jest człowiekiem na tyle mądrym i dalece uczciwym, by wiedzieć, że decyzja o jego dymisji jest ściśle związana z tematem Smoleńska i niesie zapowiedź rezygnacji PiS z obowiązku wyjaśnienia tej tragedii.
Jest też na tyle dojrzałym politykiem, by mieć świadomość, że pozostając w partii Jarosława Kaczyńskiego, nie ma szans na wypełnienie swoich deklaracji.
Kierunek, w jakim zmierza dziś „dobra zmiana”, wytyczony partyjnym „pragmatyzmem” i wolą budowania rządów „ponad podziałami”, wyklucza możliwość kontynuowania prac nad sprawą smoleńską. W tym układzie politycznym, nie będzie miejsca dla ludzi dążących do prawdy o 10 kwietnia.
PiS od dawna nie jest „nośnikiem” tego obowiązku, a po wydarzeniach ostatnich miesięcy, utracił też prawo do reprezentowania tej części Polaków, którzy nigdy nie przystaną na „Magdalenkę w sprawie Smoleńska”.
A skoro nie jest takim „nośnikiem” i nie będzie w nim miejsca dla sprawy smoleńskiej, konkluzja może być jedna – trzeba stworzyć taki „nośnik”, siłę polityczną, która z prawdy o Smoleńsku uczyni polską rację stanu.
Do tego zaś trzeba narzędzi, których PiS nigdy nie chciał wykorzystać: zaufania społecznego, silnej władzy wykonawczej, prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej, pracy odważnych polityków i zaangażowania  prawdziwej elity, niepodatnej na szalbierstwa partyjne. Żeby sięgnąć po takie narzędzia, konieczne jest zbudowanie nowej formacji politycznej, niezwiązanej z układem „okrągłego stołu” i wolnej od mitologii III RP.  
Nie ośmieliłbym się wyrokować – co zrobi Antoni Macierewicz.
Nietrudno jednak zrozumieć, że jeśli zakreślony tu scenariusz zostanie zrealizowany, ten „człowiek prawy i uczciwy, patriota najwyższej próby” (z oświadczenia AKO) stanie wobec arcytrudnych pytań i  wyborów. Traktując zaś sprawę smoleńską, jako ponad polityczną i ponad partyjną, nie można jej podporządkować kategoriom lojalności, konwencjom towarzyskim itp. dylematom. Decyzja dotyczy tylko jednej kategorii – chcę lub nie chcę dojść do prawdy o Smoleńsku.
Perspektywa długiego marszu, jaką od siedmiu lat kreślę na tym blogu, pozwala z dystansem traktować bieżące wydarzenia. To z kolei, powinno służyć rzeczowej refleksji i budowaniu autentycznej, bo opartej na faktach, nadziei. Nie tworzy jej wiara w niezłomność człowieka ani w polityczne kalkulacje. Wynika z pewności, że prawda o Smoleńsku może i powinna stać się fundamentem wolnej Polski.   
Świadomość, że człowiek tej miary jak Antoni Macierewicz, dokonywał w swoim życiu odważnych i mądrych wyborów i nigdy nie uchylił się przed służbą Polsce, niesie taką nadzieję. 

niedziela, 7 stycznia 2018

WARTO TO ZROBIĆ

Od czasu zdrady jałtańskiej i wepchnięcia Polski pod okupację sowiecką, wspomnienie o Niepodległej II Rzeczpospolitej stało się uciążliwym bagażem. Tak dalece, że w roku 1968 władze okupacyjne dokonały historycznego szalbierstwa i przypadającą wówczas 50 rocznicę odzyskania niepodległości próbowały zastąpić „świętowaniem” półwiecza rezydentury sowieckiej, organizując obchody powstania tzw. Komunistycznej Partii Polski.
Rozpoczęte 11 listopada 1968 roku obrady V Zjazdu PZPR, których gościem honorowym był Leonid Breżniew, potwierdzały okupacyjny status PRL i symbolizowały zamysł niszczenia pamięci o Niepodległej.
W III RP, ten sam zamysł musiał towarzyszyć rządom reżimu PO-PSL, gdy próbowano przekonać Polaków, że narodowe Święto Niepodległości powinno być kojarzone z atmosferą zagrożenia,  prowokacji i represji ze strony służb.
Upłynęło kolejne półwiecze i los sprawił, że 100 rocznicę odzyskania niepodległości zmuszeni są świętować „prawicowi” mitolodzy demokracji oraz wszelkiej maści „georealiści”, którzy w zachowaniu „ładu jałtańskiego” i sukcesji PRL-u, chcą widzieć fundament dzisiejszej państwowości.
Wspomnienie o tradycjach Niepodległej, o ideach nieznanych współczesnym politykom, musi być problemem dla tych, którzy z „wielkiej inscenizacji” roku 1989 wywodzą byt III RP i esbecko-agenturalną kombinację, przedstawiają jako źródło niepodległości.
Spektakl odegrany w latach 1989-1990 wprost nawiązywał do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. W odróżnieniu od tamtego oszustwa, koncepcja powstała przy „okrągłym stole” tworzyła jednak odrębny mit założycielski, oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej „opozycji demokratycznej” z przedstawicielami okupacyjnego reżimu.
III RP symbolizuje więc „nową jakość” w procesie legalizacji komunizmu i nie przypadkowo żaden z namaszczonych przez "elity" mędrców, nie odważy się zmierzyć z pytaniami: kiedyż to doszło do konwalidacji sukcesji komunistycznej w polską państwowość? Jakie wydarzenia i fakty sprawiły, że okupacja, narzucona Polakom siłą i terrorem, zmieniła się w wolne i niepodległe państwo?
Brak krytycznej refleksji nad tworem zwanym III RP sprawia, że od trzech dekad jesteśmy świadkami tragicznej w skutkach asymilacji komunizmu i polskości. Obecne państwo stanowi szczytowy produkt strategii podstępu i dezinformacji, a jednocześnie jest modelowym przykładem przepoczwarzonego komunizmu, który – ku uciesze gawiedzi, przyjął maskę „europejskości” i sznyt pseudo-demokracji. To państwo mogło powstać tylko dlatego, że wmówiono Polakom, iż  komunizm „umarł” i bezpowrotnie znikł z naszej rzeczywistości, równie szybko, jak znikał alkohol z kieliszków opróżnianych w Magdalence.
Polacy mieli uwierzyć, że samozwańcza grupa „reprezentantów narodu” obaliła zbrodniczy reżim i wywalczyła autentyczną niepodległość. Ta wiara, podawana kolejnym pokoleniom jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich sukcesorzy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.
A skoro nakreślona tu wizja jest całkowicie odrzucana, a wręcz zakazana przez „elity polityczne” III RP, skoro „elity” te utrzymują, że żyjemy w państwie suwerennym i demokratycznym, czy nie istnieje obawa, że obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości, staną się kolejnym aktem historycznego szalbierstwa i posłużą do umocnienia antypolskich mitów? 
Obawa tym mocniejsza, że „elity” tego państwa nie mają nic wspólnego z dziedzictwem II Rzeczpospolitej i walką o niepodległość.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

GDYBY PAN COGITO WYRUSZYŁ W DŁUGI MARSZ…

Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa, wędrowanie pozornie bez celu, błądzenie po omacku, żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.
To nie może być podróż, jaką wydumałeś podczas oglądania telewizji. Nie ta, którą mali demiurdzy wiodą beczące stado dwunogów. I niepodobna do wycieczki, obiecanej przez zbieraczy dusz i pieniędzy.
Żyliśmy w czasach, które zaiste były opowieścią idioty, pełną hałasu i zbrodni. Nie pytaj więc -czy podróż z tych czasów może być krótsza?
Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu, Żydem z Aleksandrii, na nowo ucz się świata jak joński filozof. Nie po to, byś posiadł ich wiedzę, ale może wtedy ojczyzna wyda ci się małą kołyską, łódką przywiązaną do gałęzi włosem matki.
Powtarzaj - którzy o świcie wypłynęli ale już nigdy nie powrócą na fali ślad swój zostawili.
Nie skarż się - myśmy nie chcieli berka, nie chcieliśmy ciuciubabki, dość mieliśmy starszych panów, byliśmy bardzo głodni.
Pamiętaj – nie będzie wielkiego pojednania, gdy język waha się między wybitymi zębami a wyznaniem.
Na początek wystarczy, że nic się nie zmieni. Przejdą noce Zatrzaśnie dzień, jak szczęka wilcza. 
I jeszcze ciszej będziesz milczał.
Długo i uparcie. Gdy za długo - z pogardą.
Przynależną sytym, głupcom „mądrości etapu”. Przypisaną  rozsądnym, którzy dawno ogłosili, że można współżyć z potworem, należy tylko unikać gwałtownych ruchów, gwałtownej mowy. 
Trzymaj ją w zanadrzu dla ocalałych aby żyć, gdy świadectwem  ich ocalenia stają się „realia demokracji, debaty i polemiki”.
Jedni i drudzy mają rację - chrzczonych z wody, chrzczonych z ognia, pogodzi nicość lub miłosierdzie.       
Zachowaj pogardę dla weteranów czterdziestodniowych potopów, którzy widzieli śmierć gór i zbawienie myszy. Nie ma ceny, za którą odważyliby się nazwać bękartów zaludniających nasz skrawek ziemi.
Nie zrobią tego nawet, gdy opadnie groza, pogasną reflektory i odkryjemy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach, jedni z wyciągniętą szyją, drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna
Ich logika – nie mieliśmy dokąd odejść, zostaliśmy na śmietniku, zrobiliśmy porządek, kości i blachę oddaliśmy do archiwumniech cię przeraża.
To konieczne, żebyś nie zwariował.
Nie wybaczaj też ornamentatorom, ozdabiaczom i sztukatorom, twórcom aniołków fruwających, którzy robią wstążki a na wstążkach napisy krzepiące. Dzięki nim są już takie słowa kolory i rytmy co się śmieją i płaczą jak żywe. A gdyby kazali, nie słuchaj ich śpiewu - my się o to sztukatorzy nie martwimy, my jesteśmy partią życia i radości.

Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa, powtórka świata elementarna podróż rozmowa z żywiołami, pytanie bez odpowiedzi, pakt wymuszony po walce. Raczej narodowy dramat i przekleństwo niż czterdziestoletnia włóczęga po pustyni, po której zawsze następuje zbawienie. Nikt nie gwarantuje, że zakończy się w nowym domu, skoro tylu przed nami zawiodła tylko do wrót doliny.
Więc jeśli będzie podróż – to odwrotem od narodowej zdrady i zmarnotrawienia ofiary życia. Niczym krzyk matek od których odłączają dzieci gdyż jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo. Bez nadziei na nagrodę ani litość aniołów stróżów.
Bez wiary w naszą mądrość, a nawet w to, że polskość dodają do miejsca urodzenia.
Z nieokiełznaną pewnością, że w walce z potworem, nie będzie ocalenia życia na niby.
I gdyby Pan Cogito wyruszył w długi marsz - to tylko z tymi, których spotka los straszny płomień i lament bowiem przyjąwszy chrzest ziemi zbyt mężni byli w niepewności.



Zbigniew Herbert: Chrzest, U wrót doliny, Jak nas wprowadzono, Przebudzenie, Potwór Pana Cogito, Ornamentatorzy, Przesłuchanie Anioła.

sobota, 2 grudnia 2017

REKONSTRUKCJA CZY CYROGRAF Z PAŁACEM ?

W roku 2005, prezes PiS pomylił się „tylko” o nominacje Marcinkiewicza i Sikorskiego. Konsekwencje tych błędów mogły wówczas zdecydować o klęsce wielu projektów nowego rządu, w tym, o  zaniechaniu sprawy najważniejszej – likwidacji „długiego ramienia Moskwy”.
Dziewięć lat później, pan Kaczyński popełnił „błąd” bardziej tragiczny w skutkach, rekomendując Andrzeja Dudę na stanowisko głowy państwa. 
Określenie „błąd” musi być ujęte w cudzysłów, ponieważ nie mam żadnej pewności, czy tym razem „komputer” pana Kaczyńskiego nie dokonał wyboru w pełni świadomego, intencjonalnego.
Naprawa personalnych błędów prezesa PiS odbywa się zwykle pod przykryciem tzw. mechanizmów demokracji i jest dokonywana podczas zabiegu zwanego „rekonstrukcją rządu”. 
W lipcu 2006 roku, błędy skorygowano w sposób możliwe najprostszy - przyjmując prośbę o dymisję, złożoną przez samego premiera Marcinkiewicza. Identyczną metodą - poprzez prośbę o dymisję „wyregulowano” też sprawę Sikorskiego. 
Dziś taki zabieg byłby mocno utrudniony, dlatego mitolodzy demokracji muszą wysilić się na  większą inwencję. Tym większą,że sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza.
Jeśli po dwóch latach  piętrzenia medialnej zasłony propagandowej, „wybudzenie” Andrzeja Dudy, było zaskoczeniem dla pana Kaczyńskiego, mielibyśmy dowód politycznego infantylizmu prezesa PiS, zaś  naprawa  "błędu" mogłaby okazać się niewykonalna.
Jeśli jednak operacja „wybudzenia” została zaplanowana i stanowi jeden z warunków postawionych przez „akuszerów” nowego rozdania,  reakcja szefa PiS powinna uwzględniać reguły narzucone „zwycięzcom” z roku 2015. Musi też prowadzić do odblokowania tych projektów „dobrej zmiany”, które najmocniej oddziałują na emocje społeczne. Po tym, co wydarzyło się w lipcu br. , dalsze „straty wizerunkowe”, byłyby nazbyt groźne.
Dzięki szybkiej interwencji dyspozycyjnych „wolnych mediów” udało się już uniknąć skojarzenia „zdrady” Andrzeja Dudy z osobą prezesa PiS. O ile wybraniec pana Kaczyńskiego jest dziś nawet (umiarkowanie) krytykowany przez rządowych żurnalistów, o tyle ten, który uszczęśliwił wyborców kandydaturą pana Dudy, bywa nieodmiennie przedstawiany jako polityczny geniusz, największy strateg i jedyna nadzieja Polaków.    
Gdy przed dwoma miesiącami napisałem, że „nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro” - akapit ten był cytowany jako dowód szalonych „teorii spiskowych”  i  „niepohamowanego krytykanctwa” autora. 
Przyznaję, że rządowe „wolne media” dokonały solidnej roboty propagandowej i skutecznie oddzieliły „zdradę” Andrzeja Dudy od „zdrowego korzenia” Prawa i Sprawiedliwości. Równie wyśmienitym posunięciem, było ogłoszenie (niemal natychmiast po lipcowych wydarzeniach) zamiaru „rekonstrukcji rządu” oraz rozgrywanie tego tematu przez kolejne miesiące.

sobota, 11 listopada 2017

LISTOPAD TO DLA POLSKI NIEBEZPIECZNA PORA…

Zbyt trudna, by ją odrzucić i zgasić lichtarze pamięci. I nadto znacząca, gdy niepokoi tchórzy echem wydarzeń  - tego, co szalone, by nazwane najświętszym w naszej historii.  
To pora niebezpieczna. Gdy budzi Wysockich, Sowińskich, Piłsudskich. Gdy z mroków zapomnienia powołuje Guślarzy i chóry nocnych ptaków.
Pora jakże sprawiedliwa - równie sycąca Poetów, jak prostych grabarzy.
To pora, gdy idą między żywych duchy - i razem się bratają. Ci z Cytadeli i Pragi, z tymi spod Zadwórza. Tłumy z Lasu Katyńskiego, z garstką spod Smoleńska.
A tak zbratani, jak tylko ręka kata może połączyć ofiary.
Oni się modlić przychodzą na groby w dnie narodowej, tak zwanej, żałoby…

Miał rację książę Konstanty bojąc się listopada. To miesiąc niezwykły, w którym liberum conspiro kończy się śpiewem Pierwszej Brygady i wybucha Niepodległą.
Mieli rację jego sukcesorzy, gdy z lękiem wypatrywali naszych codziennych spisków i kroków mściwych synów.
Dziś powinni się bać. Pamięci o tych, którzy odeszli – choć mogli z nami pozostać.
I gniewu tych, którzy zostali – na przekór zmorom ze słowa - gesta – cienia.
Czekam na Polski Listopad. Porę niebezpieczną dla głupców i kanalii. Dla Onych - rechoczących ze słów o braku „zemsty i odwetu” i tych, którym się roi wspólnota upiorów z żyjącymi. 
Groźną dla ludzi bez pamięci, świadków „zgody budującej” i bywalców salonu.
Czekam na porę tak niebezpieczną, bo naznaczoną nadzieją.  Nie tę lichą, marną, co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera  - ale listopadową, zwyczajną, która czerpie odwagę z rzeczy wyklętych.
Czy ludzie, którzy po nią sięgnęli – wiedzą co im grozi?
Czy znają karę za uleganie satyra obietnicom?
Za zniweczenie - może ostatnich marzeń.
Jeśli jeszcze wierzą, że Bóg cara zrobił carem - lepiej im było się nie urodzić.
A nam – nie doczekać tej Nocy.




Tekst zamieszczony na blogu 2 listopada 2015 roku.

sobota, 28 października 2017

W INTERESIE WSI

Kto i jak zbadał, czy afera marszałkowa i zawiązany wówczas sojusz rosyjskiej agentury ze służbami III RP, miał, czy też nie miał wpływu na działania zmierzające do zastawienia pułapki smoleńskiej i doprowadzenia do śmierci 96 Polaków?
Czy bez gruntownego śledztwa, w sprawie relacji ludzi WSI z politykami PO-PSL oraz ustalenia, jaki wpływ miały te relacje na działania związane ze Smoleńskiem,  można myśleć o rozwikłaniu tajemnic zamachu lub rozprawie z obcą agenturą?
Skoro w latach 2007-2008, prowadzono brutalną operację wymierzoną w członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, zaś B. Komorowski usilnie zabiegał o dostęp do aneksu i nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, skoro środowisko WSI tak wielką wagę przywiązywało do dyskredytacji tajnego dokumentu, a w latach późniejszych doradzało jego całkowite zniszczenie – czy tę tematykę wolno uważać za nieistotną, w perspektywie wydarzeń, które rozegrały się w 2010 roku?
Czy w latach poprzedzających Smoleńsk, mogło dojść do równie dynamicznej działalności ludzi b. WSI oraz reaktywacji ich wpływów, gdyby B. Komorowski poniósł odpowiedzialność za udział w aferze marszałkowej i nie mógł kandydować na stanowisko prezydenta?
Jeśli były lokator Belwederu oraz ludzie z kręgów WSI, posiadają informacje na temat zawartości aneksu i wiedzą, co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia, podczas, gdy Polakom odebrano prawo do posiadania tej wiedzy, jakie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego tworzy taka dysproporcja oraz związana z nią możliwość prowadzenia gier i kombinacji operacyjnych przez środowisko b. WSI?

Każde z pytań, związanych z aferą marszałkową, procesem likwidacji WSI oraz aneksem do Raportu z Weryfikacji, pozostanie bez odpowiedzi.
Wbrew logice i elementarnym zasadom bezpieczeństwa uznano, że najważniejsza afera okresu rządów PO-PSL nie zasługuje na uwagę, a Polacy nie mają prawa poznać zawartości dokumentu, o który w latach ubiegłych toczyły się dramatyczne rozgrywki.
Nad wspólną decyzją prezydenta Dudy i prezesa Kaczyńskiego o nieujawnianiu treści aneksu, ciąży odium niewyjaśnionych spraw, nierozpoznanych zagrożeń, ale też pospolitych  kłamstw i manipulacji.
Bo też - jakim imperatywem musiał kierować się Jarosław Kaczyński, jeśli w kwestii tak zasadniczej dla naszego bezpieczeństwa, pozwolił sobie na deklarację sprzeczną z wcześniejszymi oświadczeniami?
Ja należę do nielicznych ludzi, którzy czytali aneks.  Naprawdę lepiej będzie, jeśli nie zostanie opublikowany. To jest moje głębokie przeświadczenie” – oznajmił prezes PiS, podczas zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale, 14 listopada br.
Jednak dwa lata wcześniej, podczas wywiadu w "Rozmowach niedokończonych" TV Trwam z 26 marca 2015, na pytanie prowadzącego: „jaki jest problem z aneksem i z Bronisławem  Komorowskim” – pan Kaczyński przyznał, że nie zna treści tajnego dokumentu:
No cóż, ja tu też niestety mogę się odwoływać do tajemnicy, przy tym ja pamiętam, ja tego aneksu nie zdołałem przeczytać. Byłem premierem i tylko wtedy miałem takie prawo ale to przy końcu mojego urzędowania zostało dostarczone i miałem tyle różnych innych zajęć, że po prostu nie dałem rady”.
Czytał więc czy nie czytał? A jeśli czytał, to kiedy, skoro po roku 2007 nie miał już żadnych uprawnień do zapoznania się z tajnym dokumentem?

sobota, 7 października 2017

ETAP CZY ZAKRĘT ?

Jeśli trafna jest hipoteza, że akuszerami „nowego rozdania” z roku 2015 byli ludzie związani ze środowiskiem WSI, „wybudzenie” pana prezydenta potwierdzałoby też zasadę stosowaną w latach ubiegłych: gwarantem zachowania status quo jest ośrodek prezydencki i jakiekolwiek spory w tym zakresie, będą rozstrzygane na korzyść tego ośrodka.
To ważna wskazówka, w przewidywaniu reakcji PiS na prezydenckie kontry”.
Rzadko się zdarza, bym pisząc nowy tekst po tak długiej przerwie, mógł bezpiecznie wrócić do zakończenia poprzedniego wpisu. Niestety, skorzystanie z tej „okazji” wymusza kontynuację tematyki prezydenckiej i jeśli Czytelnicy oczekiwali innych treści, uprzejmie proszę o wybaczenie.
Byłoby jednak niestosowne porzucenie tak wdzięcznego obiektu zainteresowań. Tym bardziej, gdy wydarzenia ostatnich tygodni potwierdzają tezę, iż ośrodek prezydencki nadal odgrywa rolę głównego wspornika i gwaranta układu III RP.
Piszę – nadal, bo jest to rola odziedziczona po prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego, z którą nierozerwalnie wiąże się troska o bycie „prezydentem wszystkich Polaków” i nieustanna wola „zasypywania podziałów”. Nie powinno też zaskakiwać, że w otoczeniu prezydenta ujawniono komunistycznych aparatczyków i ludzi z nadania b. WSI.
Ten naturalny (dla III RP) symptom, jest znakiem systemowej kontynuacji i nie przypadkiem niesie potwierdzenie dla najbardziej „spiskowych” i „szalonych” teorii. 
Z kolei, medialna gra wokół prezydenckiego weta oraz cierpliwe wyczekiwanie polityków PiS na nonsensowne propozycje pana Dudy, pozwalają twierdzić, że ośrodek ten jest rzeczywistym decydentem w sprawach „dobrej zmiany” i wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych oczekiwań. Nie po to pan prezydent trudził się wynajdywaniem pseudo-argumentów za odrzuceniem propozycji legislacyjnych, nie po to przez dwa miesiące zwlekał z ujawnieniem swoich bezcennych projektów, by po tych politycznych bachanaliach wyraził zgodę na naruszenie mafijnego status quo.
Informacja podana w piątkowy wieczór przez rzeczniczkę partii pana Kaczyńskiego: „Prawo i Sprawiedliwości poszło na ogromne ustępstwa jeśli chodzi o reformę wymiaru sprawiedliwości. Zgodziliśmy się na wybór członków KRS 3/5 głosów, na wyeliminowanie roli ministra sprawiedliwości, na to że KRS będzie wybierany ponadpartyjnie” – przecina wątpliwości odnośnie relacji Duda - PiS i doskonale potwierdza opinię przedstawioną na początku tekstu.
Partia „dobrej zmiany” podporządkuje się woli środowiska pana Dudy i proces ten zostanie przedstawiony wyborcy jako jedynie słuszna „droga kompromisu”. To oznacza, że nie będzie żadnej „reformy sądownictwa” ani żadnej innej zmiany, która w sposób realny mogłaby zagrozić interesom układu mafijnego III RP.

piątek, 11 sierpnia 2017

PREZYDENT MUSI BYĆ NICZYM LATARNIA…

Daleki jestem od posądzania pana prezydenta o działania nierozważne lub przypadkowe. Z jeszcze większym dystansem oceniam rozmaite „teorie ambicjonalne” oraz diagnozy o „konfliktach silnych osobowości”. Nie byłoby tego typu fantazji, gdyby głoszący je zechcieli zrozumieć treść zeznań Andrzeja Dudy z 29.10.2010 roku, złożonych przed zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza, ale też potrafili dostrzec, kim naprawdę jest ów wyniesiony na wyżyny prawnik, na tle historycznej postaci obecnego ministra obrony narodowej.
Prezydent musi być niczym latarnia morska - szukać tych, którym należy pomóc i ostrzegać przed zagrożeniem” –  20 maja 2015 roku napisał na Twitterze ówczesny kandydat na prezydenta i – paradoksalnie, trzeba było ponad dwóch lat, by ten „pijarowski” frazes nabrał stosownej treści.
Bo rzeczywiście - prezydent Andrzej Duda jest dziś „latarnią morską” i prawdziwie „ostrzega przed zagrożeniami”.
Jest „latarnią” dla ludzi Targowicy i tzw. elit III RP, które trafnie wiążą z nim nadzieje na zablokowanie zmian i reaguje dokładnie tam, gdzie zagrożone są najżywotniejsze interesy sukcesorów komuny.
W działaniach tego pana dostrzegam też logikę wpisaną w wielowątkową operację wojny hybrydowej oraz w strategię środowiska, które od 2013 roku aranżowało „nowe rozdanie” – zakończone wygraną A. Dudy i partii pana Kaczyńskiego.
Nie jest to opinia stworzona na gruncie ostatnich decyzji pana prezydenta.
Wysyp różnej maści mędrców, którzy dopiero dziś dywagują o „zawiedzionych nadziejach”, „zawróconym prezydencie”, a nawet „strażniku ubekistanu” i z zapałem wygłaszają gołosłowne teorie, potwierdza jedynie tragiczną kondycję „wolnych mediów”. To ludziom z rządowych przekaźników, wyborcy PiS zawdzięczają bolesne „zderzenie ze ścianą” i perspektywę dalszych rozczarowań. To one hołubiły i kreowały na „męża stanu” postać, która od dawna powinna być oceniana wyłącznie w kontekście realnych poczynań, ale też ogromu zaniechań.
We wrześniu 2015 roku, w tekście „NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO” napisałem, że „prezydentura pana Dudy otoczona jest przedziwną atmosferą. Za niedopuszczalne i niepoprawne uważa się stawianie jakichkolwiek pytań panu prezydentowi, zaś wyrażanie opinii krytycznych, jest uznane za działanie wrogie.
Ta atmosfera doskonale pokazuje rzeczywistą wartość "nowego rozdania", obnaża jakieś potężne lęki i skrywa niejasne, mętne intencje.  Wydawałoby się , że po pięcioletniej "cмутное время", powinniśmy zacząć traktować głowę państwa, jako "naszego", polskiego przedstawiciela. To by oznaczało, że możemy doń kierować swoje oczekiwania i postulaty, a co więcej - liczyć na ich wysłuchanie. To również oznacza pewną transparentność działań pana prezydenta, formułowanie jasnych celów, wniosków i ocen.”
Rozpostarcie nad prezydentem Dudą medialnego „parasola ochronnego” (identycznie ośrodki propagandy osłaniały B.Komorowskiego) sprawiło, że dopiero ataki na ministra Macierewicza, weto prezydenckie i widowiskowa odmowa nominacji generalskich, otworzyły oczy niektórym wyborcom PiS. Otworzyły, ale często na teorie bałamutne i bezpodstawne. Przypisywanie panu prezydentowi, jakoby ulegał wpływom niemieckim (a nawet żydowskim) i tłumaczenie tym procesu „wybudzenia”, jest może miłe dla ucha niektórych fantastów i agentury Putina, ale trudne do obrony na gruncie faktów. 
Bo tu i teraz, nadal działają nasze „rodzime szatany” i nie warto „umiędzynaradawiać” czegoś, co na odległość cuchnie wojskowymi onucami.

czwartek, 3 sierpnia 2017

PRZECIWKO MITOLOGOM "GEOREALIZMU"

Wyhodowanie rzeszy „georealistów” jest największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Na koncepcjach „georealizmu” zbudowano ład pojałtański, w którym okupacji sowieckiej nadano cechy pseudo-państwowości PRL, a gdy ta formuła zniewolenia okazała się zbyt anachroniczna, przekształcono ją w „państwo socjalistyczne nowego typy”, nazwane III RP.
„Georealizm” - to gatunek nienowy, wywodzący swoje korzenie z postaw targowiczan i tych XVIII –wiecznych „pragmatyków”, którzy wyborem „mniejszego zła” i poddaniem Polski Katarzynie II, zamierzali uniknąć agresji ze strony pruskiego monarchy.
Podstawowy dogmat „georealizmu” - jakoby Polska mogła być prorosyjska lub proniemiecka, albo nie istnieć w ogóle, doskonale oddaje fragment „Aktu założycielskiego konfederacji targowickiej”, w którym napisano:
A że Rzczplta pobita i w rękach swych ciemiężycielów moc całą mająca, własnymi z niewoli dźwignąć się nie może siłami, nic jej innego nie zostaje, tylko uciec się z ufnością do Wielkiej Katarzyny, która narodowi sąsiedzkiemu, przyjaznemu i sprzymierzonemu, z taką sławą i sprawiedliwością panuje, zabezpieczając się tak na wspaniałości tej wielkiej monarchini, jako i na traktatach, które ją z Rzczpltą wiążą.”
Współczesny  „georealizm” wynikał z akceptacji powojennego porządku i przyjęcia tezy, jakoby dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, Polska zaś, miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Komunistyczna agentura chętnie używała tego sofizmatu i wykorzystując pamięć o tragicznych doświadczeniach wojennych, przedstawiała sowiecką hegemonię jako „lepszą alternatywę”.
Przez półwiecze okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest gwarantem pseudo-państwowości PRL, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych aspiracji. Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Jednocześnie, „georealistyczni” namiestnicy PRL ze straszaka wojny z Rosją uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny wektor działań politycznych.
Mitologia „georealizmu” wywodziła, że z uwagi na nasze położenie geograficzne, jesteśmy „skazani” na budowanie dobrych relacji z sąsiadami, przy czym relacje te należy traktować dwutorowo i alternatywnie – jako opcję wschodnią lub prozachodnią.
Znakiem sukcesji komunistycznej III RP, było przyjęcie koncepcji, jakoby kultywowanie „przyjacielskich stosunków” z Niemcami, miało wyrażać prozachodnie i proeuropejskie aspiracje Polaków i w tym zakresie znacząco różniło się od kursu promoskiewskiego. Wykorzystano tu naturalne dążenia Polaków do odbudowy więzi ze światem Zachodu.
Postulat "integracji europejskiej" (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został skutecznie obciążony koncepcją zbliżenia z Niemcami, do czego przyczyniła się, nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na "odcinek pojednania", ale wspólna rosyjsko-niemiecka gra, obliczona na zachowanie Polski w strefie obcych wpływów i uczynienia z naszego kraju obszaru eksploatacji ekonomicznej. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych "akuszerów" naszego akcesu do UE i NATO.
To znamienne, że szereg zapisów „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z roku 1991, można odczytać w kontekście tej samej wizji, jaka towarzyszyła targowiczanom -„georealistom”:
Rzeczpospolita Polska i Republika Federalna Niemiec (…) są głęboko przekonane, że urzeczywistniając żywione od dawna przez ich Narody pragnienie porozumienia i pojednania, wnoszą ważki wkład w zachowanie pokoju w Europie,(…) pomne niepowtarzalnego wkładu Narodów polskiego i niemieckiego do wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego oraz wielowiekowego wzajemnego wzbogacania się kultur obu Narodów, jak również znaczenia wymiany kulturalnej dla wzajemnego zrozumienia i pojednania narodów”.
Ten poprawny geograficznie i fałszywy politycznie kierunek, stworzył trwałe, historyczne kajdany i od wielu dziesięcioleci oddala nas od perspektywy obalenia porządku pojałtańskiego.
Bo jeśli nie współpraca z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie zbliżenie z Berlinem, to moskiewski jasyr.
Mitologia "georealizmu" sprawiła, że od momentu powstania III RP, funkcjonuje tylko jeden i jedynie słuszny model państwowości, oparty na przeświadczeniu, że warunkiem istnienia państwa polskiego są "dobrosąsiedzkie" stosunki z Rosją i Niemcami oraz ciągłe "pogłębianie procesu integracji europejskiej”. Model ten, doprowadził nie tylko do konserwacji silnych wpływów okupanta rosyjskiego, ale na niespotykaną skalę utworzył i zabezpieczył wpływy niemieckie, głównie w obszarze ekonomii i mediów.